Jak wyzbyć się lęku przed sukcesem?

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Choć w pierwszej chwili może to wydawać się absurdalne, bywa, że w głębi duszy boimy się osiągnięcia sukcesu, więc podświadomie go sabotujemy. Czy zdarzyło ci się podejmować działania, o których widziałeś, że mogą ci utrudnić osiągnięcie celu lub zwlekałaś do ostatniej chwili? Dlaczego tak się dzieje i jak możesz przełamać ten schemat?

Artykuł został opublikowany na portalu znanylekarz.pl w sierpniu 2018 r.

Kiedy porażka może być mniejszym ryzykiem niż sukces?

Gdybym zapytała, z czym się Wam kojarzy odnoszenie sukcesów, zapewne większość poda tylko pozytywne emocje takie jak radość, duma z samego siebie, satysfakcja, poczucie spełnienia. Wydawać by się więc mogło, że najbardziej racjonalnym podejściem jest dążenie do sukcesów, a unikanie porażek. Porażka pociąga przecież za sobą negatywne odczucia takie jak frustracja, poczucie zawodu, smutek, niezadowolenie z siebie, a nawet wstyd, obwinianie czy wręcz chęć ukarania siebie (świadoma lub nieświadoma). Jednak w życiu nie jest to takie czarno – białe.

W jaki sposób można sabotować sukces? Może to polegać na podejmowaniu działań, które zmniejszają szansę na powodzenie (np. idziemy na imprezę przed ważnym egzaminem czy spotkaniem). Odkładamy w nieskończoność wykonanie niezbędnych rzeczy (prokrastynacja). Wielu klientów przychodzi do mnie, gdyż chcą „skończyć z prokrastynacją i jechaniem w stresie na adrenalinie”, gdy dopiero na ostatnią chwilę odkładają realizację projektów czy pisanie pracy egzaminacyjnej. Część osób wręcz w ogóle nie podejmuje działań (zaniechanie), choć wiedzą, że mogliby dzięki nim osiągnąć ważne dla siebie cele (np. gdy ktoś jest niezadowolony z pracy, ale nie wysyła nawet CV).

Miałam klienta – lekarza już po zakończonym stażu, który zgłosił się do mnie na coaching kariery, gdyż nie chciał pracować jako lekarz. Uważał, że się do tego nie nadaje. Gdy zapytałam, czemu więc nie tylko poszedł na medycynę, ale zaliczył wszystkie egzaminy i staż, odpowiedział, że jego matka jest lekarką i naciskała, aby poszedł w jej ślady. Mówił, że matka zdominowała jego życie osobiste i zawodowe. Ten mężczyzna zapewne podświadomie czuł, że jeśli okazałby się świetnym lekarzem, to jego matka znów miałaby rację… Ale jeśli by się nie sprawdził, to zawiódłby jej oczekiwania. Chciał więc rezygnować z zawodu po tylu latach nauki i włożonego wysiłku.

Niektórzy piętrzą trudności i gdy pytam, czemu tkwią w toksycznej pracy, przedstawiają długą listę wymówek w stylu: „rekruterzy nie czytają CV”, „dobrą pracę można dostać tylko po znajomości”, „nikt mnie nie zatrudni, bo jestem za długo/za krótko w obecnej firmie/ za często zmieniam pracę/ jestem za młody/ za stary”. Oczywiście zdarza się, że rekruterzy nie czytają wszystkich CV – zwłaszcza, jeśli otrzymają ich kilkaset. To prawda, że najłatwiej dostać pracę dzięki rekomendacji. Niektóre firmy wręcz płacą swoim pracownikom, jeśli polecą kandydata, który zostanie zatrudniony (tzw. programy „refer a friend”). Nie mamy też wpływu na przekonania danego rekrutera np. dotyczące wieku czy płci. Jednak powinniśmy koncentrować się na szansach, a nie na problemach. Inaczej wpadniemy w bierność, marazm i bezproduktywne narzekanie. Bywa, że podświadomie ktoś boi się aktywnie szukać lepszej pracy, bo jak ją dostanie, to będzie się obwiniać, że zbyt długo zwlekał z podjęciem działań lub paraliżuje go lęk, czy da sobie radę w nowym miejscu.

Niektórym osobom łatwiej jest znieść porażkę niż sukces. Ten paradoks bardzo ciekawie wyjaśnia doktor David D. Burns (psychiatra i psychoterapeuta poznawczo-behawioralny) w książce „Radość życia, czyli jak przezwyciężyć depresję”. Jak pisze Burns: Zważywszy na brak wiary w siebie, sukces często może ci się wydawać bardziej ryzykowny niż porażka, ponieważ jesteś przekonany, że opiera się on na kruchym fundamencie przypadku. Wiesz, że nie będzie trwał, ponieważ nie potrafisz go utrzymać, i czujesz, że wszystkie twoje dokonania i osiągnięcia stoją na grząskim gruncie. Jeśli ci się raz coś uda, to potem bezpodstawnie będzie się od ciebie oczekiwać zbyt wiele. (…) Boisz się sukcesu, ponieważ przewidujesz, że będzie się od ciebie coraz więcej wymagać. Ponieważ jesteś przekonany, że musisz, lecz nie potrafisz spełniać oczekiwań, sukces stawia cię w bardzo niebezpiecznej sytuacji. A zatem próbujesz utrzymać kontrolę nad swoim życiem poprzez unikanie angażowania się w cokolwiek.

Brzmi znajomo? Przypomnij sobie, ile razy zrobienie czegoś dobrego obróciło się przeciwko tobie. Szef zobaczył, jak świetnie sobie radzisz, więc pogratulował i – podniósł ci „target” (tj. normę pracy do wyrobienia na dany okres)… Zapewne czułeś się skrzywdzony, zmanipulowany i srogo żałowałeś, że pokazałeś, na co cię stać. Przecież musiałeś w to włożyć mnóstwo wysiłku, byłeś wykończony. Może siedziałeś po godzinach czy zrezygnowałeś z urlopu. Raz na jakiś czas można się tak „spiąć”, ale przecież nie da się tak pracować na okrągło bez zniszczenia swojego zdrowia czy równowagi między życiem prywatnym a zawodowym (work – life balance). Następnym razem będziesz bardziej uważać, aby nie wejść w rolę „przodownika pracy”. A szef będzie się zastanawiał, dlaczego twoja motywacja spadła… Może uzna, że potrzebujesz jakiegoś szkolenia z motywacji…. (Oczywiście szef posiadający kompetencje kierownicze nie będzie de facto karać pracowników za efektywność zwiększając wymagania, jednak niestety nie każdy ma rozsądnego szefa). Tak się zdarza, ale jeśli nie będziesz się angażować ani pokazywać umiejętności, zmniejszysz szansę na awans, podwyżkę, docenienie lub na zdobycie nowych doświadczeń (które możesz przecież „spieniężyć” u nowego pracodawcy).

Możesz bać się, że odnosząc sukces staniesz się obiektem zawiści, złośliwości, mobbingu, więc wolisz nie rzucać się w oczy. Zdarza się, że ktoś z tego właśnie powodu rezygnuje z awansu. Zwłaszcza, jeśli miałby/ miałaby zostać szefem w obecnym zespole czy firmie. Przykładowo: gdy lekarz zostaje kierownikiem placówki medycznej i równi mu dotąd stanowiskiem koledzy/koleżanki – lekarze stają się podwładnymi. Pracownicy mogą bowiem z premedytacją nie reagować na polecenia służbowe, podważać pozycję nowego szefa, czy wręcz sabotować. Jest to szczególnie trudna sytuacja dla kobiet awansowanych w ramach dotychczasowego zespołu. Zdarzyło mi się współpracować z przychodnią, w której kilku lekarzy nie tylko w bardzo arogancki sposób traktowało pielęgniarki i lekarki, ale nawet nie respektowało poleceń wydawanych przez lekarki będące jednocześnie członkami zarządu tej placówki! Czasami zdarza się, że nasz awans czy sukces zawodowy uruchamia „kampanię nienawiści” przeciw nam, ale nie zawsze tak się dzieje. Nie pozwólmy, aby zawistnicy odebrali nam dążenie do sukcesów. Pamiętaj też, że możesz paść ofiarą hejtu nawet bez żadnego powodu. Ponadto pewni siebie i asertywni rzadziej są wybierani na ofiarę niż ci, którzy „przepraszają za to, że żyją”.

Wielokrotnie słyszałam od moich klientów, że „osoby, które lubię zaczną przy mnie czuć się gorsze, więc nie chcę ich ranić swoim szczęściem czy sukcesem”. Przypominam wtedy, że nie jesteśmy odpowiedzialni za to, że inni mają kompleksy, trudne dzieciństwo albo nie wykształcili zdrowego poczucia własnej wartości. Jeśli ktoś przestaje lubić drugą osobę, bo zaczęła więcej zarabiać albo dostała lepszą ocenę z egzaminu, źle to świadczy o nim. Ponadto na dłuższą metę trudno mówić o dobrej relacji, gdy musimy ukrywać przed znajomymi, partnerem czy rodziną, że coś nam się udało. W zdrowym związku czy przyjaźni pragniemy przecież dzielić się nie tylko problemami, ale także radościami i osiągnięciami. Co gorsza ukrywanie naszych sukcesów spowoduje „autocenzurę” i konieczność ciągłego pilnowania się, co negatywnie wpłynie na tą relację. Będzie to także nieszczere. A gdy przyjaciel dowie się z innego źródła, będzie czuć się oszukany i/lub że uważamy go za zawistnika…

Kolejny, często nieuświadomiony lęk dotyczy tego, że osoby, które dawały ci wsparcie, gdy byłaś w dołku mogą uznać, że już nie potrzebujesz pomocy. A ty nie chcesz stracić ich wsparcia lub boisz się, że bez nich nie dasz sobie rady. A przecież w dojrzałych, partnerskich relacjach możemy liczyć na pomoc zawsze, a nie tylko, gdy jesteśmy postrzegani jako słabi. Warto także nauczyć się asertywnie prosić o pomoc. Więcej o tym napisałam w artykule „Jak prosić asertywnie?”.

Wielokrotnie słyszałam od klientów, że „skoro mi się powiodło, to inni będą mnie prosić o pomoc, a ja nie potrafię odmawiać”. To prawda, że o pomoc ludzie zwracają się raczej do tych, którzy dysponują odpowiednimi zasobami czy kompetencjami. Ale tłumaczę klientom, że zdrowiej dla nich będzie, jeśli mając takie obawy skorzystają z moich szkoleń z asertywności i nauczą się stawiać granice niż jeśli będą grać „niezaradnych, słabych i biednych”. Co gorsza jeśli będziemy się tak zachowywać, obniży się nasze poczucie własnej wartości. Ponadto pomaganie innym wzmacnia naszą wiarę w siebie, polepsza samopoczucie oraz sprzyja pielęgnowaniu relacji. Sprawia, że czujemy się potrzebni. Oczywiście o ile pomaganie nie wiąże się ze szkodami dla nas samych lub z poczuciem przymus czy wykorzystania.

Kolejny powód obawy przed powodzeniem: „Gdy coś mi się uda, to stracę korzyści wynikające z etykietki słabego, takie jak pomoc lub wręcz wyręczanie mnie w trudnych, żmudnych czy nieprzyjemnych zadaniach. Dostanę mniej współczucia, empatii, okazywania mi zainteresowania. Nie będę już dostawał/a taryfy ulgowej”. Dla mnie takie myślenie to cyniczna manipulacja oraz żerowanie na altruizmie innych osób.

Niektórych przed dążeniem do osiągnięć blokuje myśl, że potem „nie będę mógł użalać się nad sobą i szukać wymówek typu nic mi nigdy nie wyszło”. Takie wymówki bywają kuszące, ale na dłuższą metę są destrukcyjne. Zniechęcają do podejmowania wysiłku oraz uniemożliwiają nam pełne wykorzystanie potencjału i pojawiających się możliwości. Odbierają poczucie sprawstwa i kompetencji. Mogą nawet wpędzić w pesymizm, a nawet depresję.

Jak przestać bać się zwycięstw?

Według mnie najskuteczniejsze metody przełamywania destrukcyjnych schematów (nie tylko związanych z lękiem przed sukcesem) to:

1. Rozwijanie swojej inteligencji emocjonalnej (EQ) i kontaktu z własnymi emocjami.Zarówno podczas moich sesji coachingu, jak i treningów rozwoju osobistego często spotykam się z tym, że ludzie mają problem z prawidłowym i precyzyjnym nazwaniem tego, co czują. Przykładowo, gdy mówią, że odczuwają smutek, ale przy głębszej analizie okazuje się, że to rozżalenie lub frustracja.

2. Uważność (mindfulness) i przyglądanie się swoim emocjom, czyli świadome zwracanie uwagi na to, jak się w danych sytuacjach czujemy oraz zastanawianie się, skąd właśnie takie, a nie inne emocje się w nas biorą. Przykładowo, gdy ktoś mówi, że rozmowa rekrutacyjnych go stresuje, ale nie jest świadomy, że ten stres wynika z lęku przed odrzuceniem i byciem negatywnie ocenionym. Dlatego właśnie przygotowując moich klientów do rozmów kwalifikacyjnych dużo uwagi poświęcam także pracy na ich emocjach i przekonaniach. Warto zadawać sobie pytania typu: „Czego tak naprawdę boję się?”, „Dlaczego tak trudno mi mówić o swoich mocnych stronach i osiągnięciach?”, „Co mnie blokuje przed prezentowaniem swoich pomysłów lub rekomendacji nawet na spotkaniach własnego zespołu czy konsylium lekarskiego?”.

3. Uświadomienie sobie własnych przekonań, zwłaszcza tych wyniesionych z domu. Przykładowo: „Co w mojej rodzinie mówiło się o osobach odnoszących sukces? Czy szczerze podziwiano i dostrzegano, ile to je kosztowało? A może rodzice mówili, że: „nie da się uczciwie zarobić dużych pieniędzy, awans można zdobyć tylko przez podlizywanie się, jeśli ktoś jest wybitny, to też zarozumiały” itp.

4. Podważanie błędnych przekonań i racjonalizacja. Warto wypisać te przekonania na kartce, a następnie po kolei analizować ich prawdziwość. Dobrą metodą jest odegranie dialogu (z kimś lub samemu). Dla przykładów powyższych mogłoby to wyglądać tak: „Czy znam osoby, które zarobiły ogromne pieniądze dzięki przedsiębiorczości lub pomysłowości”?, „Ilu spośród moich znajomych i współpracowników zasłużyło sobie na awans dzięki kompetencjom i pracowitości?”, „Kto mimo ogromnego sukcesu pozostał miłym i życzliwym człowiekiem?. „Czy osoby zarozumiałe występują tylko wśród osób wybitnych? Przecież znam tyle osób przeciętnych, a jednocześnie zarozumiałych”… Skoro możesz podać takie kontrprzykłady, to obalisz błędne przekonania.

Powyższe metody można zastosować samemu na sobie lub skorzystać ze wsparcia coacha, psychoterapeuty czy trenera rozwoju osobistego. Zwykle bowiem łatwiej odkryć i przełamać nasze schematy czy samoograniczające przekonania, gdy mamy wsparcie zaufanego i życzliwego nam specjalisty. Takiego, który dysponuje różnymi profesjonalnymi narzędziami pomagającymi w pracy nad sobą oraz potrafi je odpowiednio dobrać w zależności od naszych indywidualnych potrzeb, preferencji i osobowości.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach
Makeda Clinic / NES Healthcare

Artykuł został opublikowany na portalu znanylekarz.pl w sierpniu 2018 r.

Nie spełniam oczekiwań – i dobrze mi z tym!

Wiele osób mierzy swoją wartość tym, jak bardzo udaje się im spełnić oczekiwania. Uzależniają swoją samoocenę od opinii innych osób. Prowadzi to do poczucia winy, niezadowolenia z siebie, perfekcjonizmu, wahań nastroju, podatności na manipulację, a nawet do depresji. Jak uwolnić się z tego destrukcyjnego schematu?

Mamusia przez ciebie będzie płakać, czyli nadopowiedzialność za emocje innych

Jako dzieci jesteśmy całkowicie bezbronni nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Do pewnego momentu nie jesteśmy w stanie samodzielnie przeanalizować tego, co słyszymy. Nie umiemy prawidłowo wyciągać wniosków ani dostrzec wielu aspektów sytuacji. Przyjmujemy wszystko dosłownie i bezkrytycznie. Dorośli często zapominają o tym i nie zastanawiają się nad długofalowymi konsekwencjami tego, co nam mówią… Gdy słyszymy komunikaty typu: „jak nie dostaniesz 5, to mamusia będzie przez ciebie płakać” lub „jak nie zjesz ciasta, to babci będzie przykro”, uczymy się, że negatywne odczucia innych osób są naszą winą oraz że nie wolno nam sprawić innym przykrości nawet za cenę zmuszenia się do niechcianej rzeczy. W konsekwencji stajemy się nadodpowiedzialni za emocje innych, zagłuszamy własne potrzeby oraz nie jesteśmy świadomi, że w ogromnym stopniu to każdy z nas sam ponosi odpowiedzialność za to, jak interpretuje dane sytuacje oraz jak się przez nie czuje.

Trzymając się powyższych przykładów, jeśli babci jest przykro, że wnuczek nie ma ochoty na ciasto, to ona ma problem ze swoimi emocjami! Przecież zjedzenie ciasta nie jest dowodem miłości. Oczekiwanie, że inni będą zmuszać się do jedzenia, aby babci nie było przykro, jest to nadużycie emocjonalne. Dziecko uczy się wtedy, że nie jest ważne, jak się czuje ani co lubi – jego obowiązkiem jest sprawiać babci przyjemności nawet, jeśli jest najedzone i będzie mu niedobrze, gdy teraz zje (lub gdy takiego ciasta w ogóle nie lubi). Miałam w szkole kolegę, który był jednym z najlepszych uczniów. Jednak za każdy razem, gdy dostawał gorszy stopień, był zdruzgotany, gdyż jego matka, która wcześniej ciężko zachorowała, okazywała mu wtedy, jak bardzo jest rozczarowana taką oceną. Każda gorsza nota była więc dla niego równoznaczna ze sprawieniem zawodu kochanej osobie…

Wielu moich klientów coachingowych czuje się nadopowiedzialnych za uczucia innych osób. Przykładowo: mają problem z przekazaniem podwładnemu krytycznych uwag, gdyż pracownik będzie się z tym źle czuł nawet, jeśli krytyka jest zasadna i udzielają jej w sposób wyważony oraz zgodny z zasadami udzielania konstruktywnej informacji zwrotnej. Pomimo uczestniczenia w kursach asertywności, nie potrafią odmówić niechcianej prośbie, bo przecież drugiej osobie będzie przykro. W relacjach towarzyskich długo ważą każde słowo (nawet treść sms’a), gdyż boją się, że mogą niechcący kogoś urazić lub być źle zrozumianym. Nawet w relacjach z bliskimi obawiają się mówić otwarcie o swoich potrzebach czy uczuciach, gdyż nie chcą kogoś zranić. Trafiali też do mnie na coaching lekarze, którzy za bardzo przeżywali, gdy słyszeli od pacjentów, iż się na nich zawiedli. Nawet jeśli oczekiwania tych pacjentów były nierealistyczne, zaś zarzuty niesprawiedliwe lub wynikające z rozżalenia i pretensji do całego świata, że to właśnie ich dotknęła ciężka choroba.

Ludzie nadodpowiedzialni żyją w ciągłym stresie i lęku przed zrobieniem czegoś źle. Wkładają mnóstwo energii w przewidywanie reakcji innych osób. Nieustanie próbują czytać w myślach i zadręczają się tym, jak ktoś odbierze ich słowa. Tracą przez to naturalność i pewność siebie. Paradoksalnie mogą przez to być odbierani jako wywyższający się, unikający kontaktu, skryci, nieautentyczni.

Wykorzystując moje doświadczenie jako trenera umiejętności psychospołecznych, pomogłam takim osobom m.in. poprzez nauczenie ich w jaki sposób przekazywać informację zwrotną oraz jak asertywnie przyjmować krytykę (w tym – jak skłaniać krytykujących do przejścia od krytyki personalnej, zawoalowanej lub uogólnionej do uwag konkretnych i konstruktywnych. Ważne było również przećwiczenie, jak w sposób otwarty mówić o swoich potrzebach, uczuciach i oczekiwaniach oraz prosić innych, aby oni także zachowywali się w sposób asertywny, a nie manipulujący. Często niezbędna była także praca nad przesadnym lękiem przed odrzuceniem oraz „krytycznym wewnętrznym rodzicem” i poczuciem winy nieadekwatnym do sytuacji. Przydatne było również przeanalizowanie, jakie komunikaty i cele mogą kryć się za oczekiwaniami lub pretensjami ze strony innych.

Oczywiście należy być empatycznym, dbać o uczucia innych i zastanawiać się nad konsekwencjami, zanim coś powiemy. Jednak warto czynić to w zdrowych proporcjach oraz unikać przyjmowania na siebie całej odpowiedzialności za relację. Do tanga trzeba przecież dwojga… W zmianie twojej reakcji na negatywne emocje innych pomoże ci, jeśli zaczniesz wychodzić z założenia, że gdy ktoś jest przewrażliwiony czy obrażalski, to on powinien nad sobą pracować, a nie ty obchodzić się z nim jak z jajkiem…

 

Jeśli jesteś mną rozczarowany, to twój problem…

Profesor David D. Burns, światowej sławy psychoterapeuta poznawczo – behawioralny i psychiatra w książce „Radość życia, czyli jak zwyciężyć depresję. Terapia zaburzeń nastroju” wiele uwagi poświęca autodestrukcyjnym konsekwencjom nastawienia się na spełnianie oczekiwań innych. Takie podejście prowadzi bowiem do wielu problemów. Po pierwsze uzależniamy nasze poczucie własnej wartości od tego, co myślą o nas inni. Póki dostajemy „głaski” (pochwały, dowody sympatii) czujemy się z siebie dumni, rośnie nasza samocena, czujemy się wspaniale. Co w tym złego? Otóż to, że gdy tylko przestaniemy być doceniani, nasza samoocena rozsypuje się w drobny mak… Zaczynamy czuć się słabi, niekompetentni, odrzuceni. Tak strasznie zależy nam na otrzymaniu „głasków”, że jesteśmy gotowi na wszystko. Godzimy się na rzeczy dla nas niekorzystne. Za wszelką cenę próbujemy odzyskać aprobatę. Możemy wejść w rolę wybawiciela, co prowadzi do wielu negatywnych skutków (o czym piszę w artykule Jak w pracy wyjść z roli wybawiciela i nie skończyć jako ofiara?). Stajemy się szczególnie podatni na szantaż emocjonalny, groźby odrzucenia oraz eskalację żądań. Jeśli w naszym otoczeniu znajdzie się manipulator, sprytnie wykorzysta naszą potrzebę akceptacji i będzie stawiać nam coraz większe wymagania. Nigdy nie będzie w pełni zadowolony z tego, co dla niego już zrobiliśmy. Będzie obiecywać miłość, sympatię, poczucie przynależności – ale dopiero, gdy zrobimy dla niego jeszcze tę kolejną rzecz…

Często pod słowami „zawiodłem się na tobie” kryje się manipulacja, próba zmuszenia nas do uległości poprzez groźbę odrzucenia lub jest to pochodna zbyt wyśrubowanych standardów, jakie druga osoba chce narzucić, skazując nas tym samym na nieuniknioną porażkę… Jak mądrze pisze prof. Burns, „jeżeli ta druga osoba czuje się rozczarowana, to tak naprawdę jest to jej wina, ponieważ ma nierealistyczne oczekiwania – a przecież każdy jest tylko człowiekiem. Gdy nie próbujemy sprostać takim głupim oczekiwaniom, nie musimy się złościć ani bronić, kiedy popełnimy jakiś błąd – nie musimy czuć wstydu ani zakłopotania. Wybór jest prosty: można albo próbować dążyć do perfekcjonizmu i skończyć jako człowiek pogrążony w nieszczęściu albo wyrazić zgodę na swoje człowieczeństwo, w którego definicję wpisana jest niedoskonałość i czuć się dzięki temu silniejszy.” Następnym razem gdy ktoś powie ci, że go zawiodłeś/łaś, zastanów się nad zasadnością tego zarzutu oraz nad intencją rozmówcy. Czy mówi o tym, aby pomóc tobie w rozwoju i lepszym wykorzystaniu potencjału? Czy naprawdę nie dotrzymałeś złożonej obietnicy lub zrobiłeś coś złego? A może chce cię zranić, zachwiać twoim poczuciem własnej wartości, skłonić do niekorzystnego dla ciebie działania?

Oczekiwania nałożone na nas są niczym ciążące brzemię. Ciągną nas w dół. Odbierają satysfakcję z własnych dokonań. Powodują, że nieustannie czujemy się niewystarczająco kompetentni/ pracowici/ przedsiębiorczy/ opiekuńczy itp. W coachingu bardzo dużą wagę przywiązujemy do prawidłowego stawiania sobie celów. Jednym z kryteriów jest to, żeby cel był możliwy przez nas do spełnienia oraz żebyśmy realizując go nie szkodzili sobie (tzw. ekologia celu). Tymczasem zdarza się, że nasze otoczenie stawia przed nami cele będące poza naszym zasięgiem (nawet jeśli są możliwe do realizacji przez inne osoby) lub takie, które nam szkodzą (np. zabieganie o awans za cenę własnego zdrowia).

Pamiętajmy też, że często oczekiwania, jakie stawiają nam bliscy wynikają z ich niespełnionych marzeń, chorej ambicji czy wręcz chęci zbudowania sobie pozycji społecznej na podstawie osiągnięć dzieci lub małżonków (a nie swoich własnych). Mamy do czynienia z taką właśnie sytuacją np. gdy rodzic, który sam nie dostał się na medycynę, naciska na swoje dziecko, aby zostało lekarzem, choć ono nie jest zainteresowane tą profesją. Podobnie jest gdy matki zmuszają swoje dzieci do brania udziału w konkursach Małej Miss/ Mistera, lekcjach baletu czy gry na skrzypcach, aby móc chwalić się przed znajomymi, jakie to mają cudowne dziecko (choć ono nie ma ochoty na takie zajęcia)…

Po drugie nasze zadowolenie z siebie będzie się ciągle wahać w zależności od bieżącej sympatii otoczenia. To doprowadzi do huśtawki nastrojów – od pękania z dumy, gdy zostaniemy pochwaleni po poczucie bycia beznadziejnym, gdy nas ktoś skrytykuje (lub choćby nie wyrazi aprobaty). Nasza samoocena będzie wynikać z opinii innych osób, a nie z własnych przekonań na swój temat. Co gorsza, każdy z nas wielokrotnie spotyka się z krytyką niesprawiedliwą, wynikającą z zawiści, czyichś kompleksów, złego humoru czy chęci odreagowania się na innych. Jeśli uzależnimy poczucie własnej wartości od opinii innych, to będziemy bardzo cierpieć, ilekroć trafimy na ludzi podłych, złośliwych, czy rzucających w gniewie bolesne, niesprawiedliwe zarzuty.

Po trzecie, wpadniemy w pułapkę nieustannego porównywania się do innych. Siłą rzeczy osoby wybitne w danej dziedzinie stanowią tylko niewielki procent populacji. Każda cecha ma tzw. rozkład normalny (krzywa Gaussa). Krzywa ta ma kształt dzwonowaty. Niezależnie od tego, czy analizujemy wzrost czy uzdolnienia matematyczne, większość osób jest średnia, niewielki odsetek posiada tą cechę w bardzo dużym natężeniu i równie niewielki w bardzo małym. To oznacza, że statystycznie 85% z nas jest gorszych od tych najlepszych 15% w populacji… Porównując się ciągle z innymi, sami prosimy się o gorsze samopoczucie i niezadowolenie z siebie. Nawet, jeśli ktoś ma to szczęście, że pod jakimś względem jest w tych najlepszych 15%, to biorąc pod uwagę inne kryteria, spada z podium. A to bywa bolesne… Silna presja na bycie wyjątkowym może prowadzić do frustracji, kompleksów, czucia się bezwartościowym (gdyż część osób stosuje metodę zero – jedynkową: albo jestem wybitny albo jestem nikim). Porównywanie się z innymi jest pomocne tylko wtedy, gdy służy uczeniu się od najlepszych oraz ustaleniu realistycznych celów (czyli będących naprawdę w naszym zasięgu).

Najgorsze jest to, że paradoksalnie najniższą samoocenę mają często te osoby, które pod wieloma względami są znacznie powyżej średniej. Ponieważ zaznały satysfakcji z bycia w czołówce, więc tym gorzej znoszą to, że w innych obszarach są tylko przeciętne. Jeśli zaś oparły poczucie własnej wartości i/lub akceptacji ze strony innych na tym, że są najlepsze, to gdy tylko nie wygrywają, czują lęk i przygnębienie. Połączenie myślenia „wszystko albo nic” z perfekcjonizmem może powodować, że nawet srebrny medalista poczuje się przegranym… Część moich klientów coachingowych, choć odnosi sukcesy i jest ponadprzeciętnie uzdolniona, jest niezadowolona z siebie, ma wiele kompleksów, lęków oraz nie umie cieszyć się życiem. Wciąż gonią za uznaniem, czują się gorsi. Mają poczucie, że zawodzą rodziców, partnera życiowego, przyjaciół, szefa – a także samych siebie…

Rodzice i dziadkowie często nieświadomie wpędzają nas w kompleksy i wieczne niezadowolenie z siebie przez porównywanie nas od dziecka z innymi. Pod z pozoru niewinnymi słowami typu: „wiem, że stać cię na więcej”, „a jaką ocenę dostała twoja koleżanka?”, „cieszę się, że masz 5 z matematyki, ale ta 4 z polskiego” kryje się bardzo destrukcyjny przekaz: „zawsze możesz zrobić coś lepiej”, „nieważne ile włożyłeś wysiłku, liczy się tylko to, czy byłeś najlepszy”, „jeśli nie jesteś najlepszy ze wszystkiego, to wcale nie jesteś najlepszy”, „zamiast rozwijać to, do czego masz predyspozycje, musisz poświęcać wysiłek na podnoszenie się w tym, w czym i tak nigdy nie będziesz dobry”…

Zgodnie z filozofią coachingu pracując z klientami koncentrujemy się na zdefiniowaniu mocnych stron oraz na dalszym ich wzmacnianiu (gdyż tylko na tym możemy budować naszą przewagę konkurencyjną na rynku) oraz na pracy nad tymi słabymi stronami, które szczególnie utrudniają osiąganie celów (lub znacząco nam przeszkadzają na co dzień). Przy czym klient musi zdecydować się na pracę tylko nad kilkoma słaby stronami, a nie nad wszystkim, w czym jest gorszy niż by chciał, gdyż taka strategia doprowadziłaby do roztrwonienia jego zasobów, do niemożności osiągnięcia założonych celów oraz do obniżenia poczucia własnej wartości i sprawstwa.

To ja określam, ile jestem warta!

Poczucie własnej wartości powinno wynikać z naszego człowieczeństwa i osobistych przekonań oraz być odporne na opinie otoczenia. Oczywiście warto przemyśleć informację zwrotną, jaką dostajemy od innych (zwłaszcza, jeśli są nam życzliwi). Jednak nie możemy stać się niewolnikiem opinii i tylko „szukać poklasku”. Warto pamiętać, że bardzo destrukcyjne oraz nieuprawnione jest stawianie znaku równości pomiędzy naszą wartością a osiągnięciami. Uświadom sobie, że nawet jeśli dziś coś ci się nie udało lub wręcz poniosłeś porażkę, to nie czyni cię to mniej wartościowym człowiekiem niż byłeś wczoraj.

Jak wyjaśnia prof. Burns: „Jakie są wady filozofii twierdzącej, że „wartość równa się osiągnięciom”? Przede wszystkim jeżeli cieszysz się, że twoja kariera czy firma, którą prowadzisz, idzie wyśmienicie, chcąc nie chcąc odcinasz się od innych źródeł satysfakcji i radości życia, harując w pocie czoła od rana do nocy, żeby było jeszcze lepiej. W miarę przykuwania się żelaznym łańcuchem do miejsca pracy i pogrążania w pracoholizmie czujesz się pod coraz większą presją, żeby produkować i produkować. Jeżeli nie uda ci się utrzymać tempa, skażesz się na objawy „odstawienia” od pracy, które charakteryzuje poczucie wewnętrznej pustki i nieszczęścia. Kiedy zabraknie osiągnięć, będziesz się czuł bezwartościowy i znużony, ponieważ nie będziesz miał innej podstawy szacunku dla samego siebie i spełnienia”.

Nie zapominaj, że niezależnie od tego, jak wspaniałą robisz karierę, towarzyszyć ci będą nie tylko wzloty i upadki, ale też będzie zmieniać się twoja produktywność (z powodu starzenia się, choroby, gorszego samopoczucia, problemów osobistych). Jeśli uzależnisz poczucie własnej wartości od wyników, to przez dużą część życia możesz czuć się niewiele wart. Przykładowo: wiele osób spędza na emeryturze ponad ćwierć wieku. Czy przez ten czas powinni czuć się mniej wartościowi niż gdy odprowadzali składki do ZUS? To przecież absurd!

 

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

NES Healthcare

Artykuł został opublikowany na portalu znanylekarz.pl w maju 2017 r.

Pułapka poszukiwania „leku na całe zło”

Prowadząc coaching i szkolenia zdarza mi się trafić na klientów oczekujących, że ktoś pomoże im odkryć (lub wręcz dostarczy) szybkie i proste rozwiązania wszystkich problemów. Taka postawa klientów wystawia ich na żer wszelkiej maści manipulatorów oraz może skutkować poważnymi konsekwencjami. Jak można uniknąć tej pułapki?

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

NES Healthcare

Co podejście Polaków do leków ma wspólnego z rozwojem osobistym?

Choć Polacy nadal zarabiają znacznie mniej niż w większości krajów Europy Zachodniej, to „łączne wydatki na leki w Polsce stanowią ok. 2,4% PKB i należą one do najwyższych w Europie” (Podaję za PAP 2015 r.). Od wielu lat kolejne dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że Polacy zażywają coraz więcej leków (głównie tych dostępnych bez recepty) oraz suplementów diety. Jak pisze Martyna Figurska: „Przeciętny Polak kupuje 34 opakowania leków rocznie, a każdego dnia zażywa średnio aż 4 tabletki! Przeważnie są to tabletki przeciwbólowe, uspokajające, nasenne, a także suplementy diety.” („Na pasku pastylek”, Miesięcznik „Charaktery”, XII 2016 r.).

Już samo zestawienie najczęściej kupowanych środków prowadzi do ciekawych wniosków natury psychologicznej. Wygląda na to, że duży odsetek Polaków żywi przekonania, iż:

–  Na wszystkie niedogodności życiowe istnieją odpowiednie preparaty, które wystarczy przyjmować i to rozwiąże problem. Nie trzeba zmieniać stylu życia np. uprawiać więcej sportu, nie przejadać się, nauczyć się konstruktywnie radzić sobie ze stresem, presją ze strony szefa czy konfliktami w rodzinie.

Nieprzyjemne sygnały, jakie otrzymujemy od naszego ciała należy szybko wyeliminować np. nic nigdy nie może mnie boleć, nie powinnam odczuwać zdenerwowania nawet w trudnej sytuacji, muszę zawsze szybko usypiać – niezależnie od tego, co dzieje się w moim życiu. To przekonanie jest szczególnie niebezpieczne zarówno z medycznego, jak i psychologicznego punktu widzenia, gdyż te nieprzyjemne doznania fizyczne są cennym ostrzeżeniem, że dzieje się z nami coś złego. Im szybciej wychwycimy te sygnały i podejmiemy adekwatne działania, tym lepiej dla nas. Choroba nie zdąży się rozwinąć, więc jej leczenie będzie tańsze, prostsze i z większym prawdopodobieństwem skuteczności. Niestety często dopiero ostry ból (lub inny objaw utrudniający codzienne funkcjonowanie) skłania ludzi do szukania prawdziwych rozwiązań, a nie tylko do maskowania problemu. Jeśli więc tłumimy te sygnały biorąc leki np. przeciwbólowe (lub „paraleki”), to choroba się nasila. Aż dochodzi to momentu, gdy nie daje się jej ignorować, zaś leczenie staje się znacznie trudniejsze. Analogicznie jest z chorobami psychosomatycznymi. Często pacjent „chodzi po lekarzach” z powodu np. bólów, nasilającej się astmy czy problemów z przewodem pokarmowym, a okazuje się, że przeżywa ogromny stres i presję, pracuje ponad siły (lub co gorsza jest ofiarą mobbingu) i/lub ma kłopoty osobiste. Te odczucia z ciała były informacją, że w jego życiu dzieje się źle, lecz zamiast przyjrzeć się swojej sytuacji i emocjom, wolał brać kolejne tabletki… Ignorowanie sygnałów z naszego ciała może również prowadzić do odcięcia emocji i trudności z prawidłowym nazwaniem swoich przeżyć oraz ze zrozumieniem ich powodów. Przykładowo: „ból brzucha” może wynikać z silnego stresu, a nie z przyczyn gastrycznych, więc proszek nie pomoże, gdy źle czujemy się przed wystąpieniem publicznym czy rozmową rekrutacyjną.

– Za dany problem odpowiada tylko jeden czynnik, więc wystarczy działanie jednokierunkowe, żeby znów było dobrze. Tymczasem zarówno w kwestiach cielesnych, jak i psychicznych właściwe jest podejście holistyczne oraz patrzenie na człowieka jako na skomplikowany układ, w którym poszczególne elementy ze sobą oddziałują. I nie chodzi mi tylko o interakcje pomiędzy różnymi lekami, suplementami diety, używkami czy nawet jedzeniem, ale również o to, że wiele problemów zdrowotnych i psychologicznych wymaga jednoczesnego działania na paru płaszczyznach.

– Tabletki pozwalają dowolnie regulować nasze samopoczucie i nastrój. Wiele osób nie widzi nic niepokojącego w tym, że rano bierze pigułki, żeby „mieć energię”, potem „na stres i nerwy”, zaś wieczorem na sen.

– Każdy cel można osiągnąć – niezależnie od własnych uwarunkowań. Przykładowo: każdy może mieć bujne włosy – niezależnie od predyspozycji genetycznych, trybu życia czy chorób. Wystarczy brać odpowiednio dużo tabletek.

Lekarze muszą nieustannie borykać się z takimi nierealistycznymi oczekiwaniami ze strony pacjentów, a jednocześnie podtrzymywać ich motywację do długotrwałego przestrzegania zaleceń. Badania (m.in. przeprowadzone przez prof. Kardasa w ramach Projektu ABC) pokazują, że zwłaszcza w przypadku chorób przewlekłych, wysoki odsetek pacjentów nie kontynuuje terapii. Co gorsza, niektórzy pacjenci obrażają się na lekarza, który mówi, że leczenie nie będzie łatwe lub że efekty będą poniżej oczekiwań pacjenta. Bywa, że  uważają tego lekarza za „niedouczonego”, skoro nie wie, że są dostępne leki, które dają spektakularne efekty. Widzieli to przecież w reklamie czy internecie… W jednym z  programów telewizyjnych typu „medyczne reality show” wystąpiła 30-latka, która skarżyła się na potworne bóle kolana oraz niemożność sprawnego chodzenia i klękania. Liczyła na to, że lekarz – wybitny specjalista zoperuje jej kolano i będzie mogła wreszcie normalnie żyć. Jednak ów ortopeda powiedział, że nie ma sensu, żeby przeprowadzał teraz operację kolana, skoro ona mając 160 cm wzrostu waży ok. 100 kg. Wyjaśnił, iż przy tak dużej nadwadze operacja nie rozwiąże problemu. Pacjentka nie kryła rozczarowania opinią lekarza. Chciała operacji, a nie diety….

Zdarzało się czasem, że na moje sesje coachingowe i treningi rozwoju osobistego przychodzili klienci, którzy mieli analogiczne przekonania jak powyżej. Oczekiwali magicznych rozwiązań dających błyskawiczny efekt i nie wymagających żadnych modyfikacji w swoim dotychczasowym życiu. Nie chcieli wkładać wysiłku w proces zmiany – miało być „łatwo, lekko i przyjemnie”. Niektórzy nawet, jeśli na początku przejawiali duży entuzjazm, to szybko tracili motywację i/lub przestawali działać konsekwentnie.

Pojawiali się też tacy, którzy wierzyli, że istnieją idealne rozwiązania każdego problemu. Np. iż jest możliwe opracowanie takiego CV lub zestawu odpowiedzi na pytania rekrutacyjne, że spodobają się każdemu pracodawcy. A jeśli jakiś coach mówi im, że nie istnieją takie działania, które zagwarantują sukces i akceptację, to widać jest niekompetentny albo nie chce podzielić się tą magiczną formułą ze swoim klientem…

Część osób przychodziła z celami „nieSMARTnymi” np. w ogóle nierealistycznymi (chcę, żeby mnie wszyscy lubili, nie chcę się niczym denerwować) lub nierealistycznymi w ich przypadku (gdyż nie posiadali niezbędnych zasobów lub znacząco nie doszacowali czasu i wysiłku, jaki musieliby ponieść). Często te cele były niekonkretne lub zbyt ogólne (np. chcę być szczęśliwa, chcę odnieść sukces). Bywało, że praca nad dookreśleniem celów pokazywała, że klient nie potrafił oddzielić własnych celów od narzuconych mu przez rodzinę czy przełożonych lub że nie ma spójnego systemu wartości.

Niektórzy uważali, że każdy problem można rozpatrywać oddzielnie i/lub że można osiągnąć cel pracując tylko nad wąskim wycinkiem. Tymczasem bardzo wiele spraw jest ze sobą powiązanych. Bywa, że dany problem jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, więc aby osiągnąć zamierzoną zmianę, trzeba dojść do źródła np. przekonań odnośnie siebie i świata, systemu wartości, motywacji, tożsamości. Przykładowo: trening komunikatywności niewiele pomoże, jeśli przyczyną lęku przed kontaktami społecznymi jest niskie poczucie własnej wartości, strach przed odrzuceniem i krytyką.

Zdecydowana większość takich moich klientów po skonfrontowaniu ich z faktami oraz wyjaśnieniu pułapek psychologicznych, w jakie wpadli, urealniała swoje oczekiwania i była gotowa na autentyczne zaaranżowanie się w proces rozwoju oraz włożenie w niego wysiłku. Dzięki takiej zmianie podejścia, skutecznie osiągali swoje cele i uzyskiwali trwałe rezultaty. Doceniali też moją szczerość oraz etykę zawodową, gdyż nie obiecywałam im „gruszek na wierzbie” nawet, gdy na początku procesu wywierali na mnie presję czy okazywali niezadowolenie, że nie dostaną „magicznej formuły”.

Uważaj na tych, którzy obiecują spełnienie wszystkich twoich oczekiwań

Jednak mała część moich klientów rezygnowała i nawet mówili wprost, że poszukają takiego „specjalisty”, którzy obieca im „lek na całe zło”. Niektórzy z nich wracali do mnie, gdy przekonywali się, że korzystanie z usług tych, którzy im tak dużo obiecywali, przynosiło niewielkie rezultaty. Z rozmów z psychoterapeutami, lekarzami i coachami wiem, że im także trafiają się osoby, które cechuje „myślenie życzeniowe”. Niestety część z tych klientów nie zamierza przyjąć do wiadomości, że proces pracy nad sobą będzie wymagał wyrzeczeń i czasu, zaś efekty nie zawsze będą zgodne z ich wygórowanymi oczekiwaniami. Skoro „zawiedli się” na tym terapeucie/ lekarzu/ coachu, to poszukają lepszego… Takiego, który zapewni ich, że zna sposób, aby to osiągnąć…

Niestety konsekwencją szukania specjalisty, który obieca efekty bez wysiłku bywa to, że problem (lub choroba) przybiera na sile i trafiasz do prawdziwego profesjonalisty, gdy sprawa jest już nabrzmiała. Przykładowo, gdy nadużywałeś środków przeciwbólowych na „ból kręgosłupa”, to nie dość, że za późno rozpocząłeś rehabilitację, to jeszcze musisz borykać się ze skutkami ubocznymi branych leków. Analogicznie będzie, jeśli ktoś z ciężką depresją trafi na psychoterapeutę, który „z zasady nie uznaje” stosowania antydepresantów, więc będzie zniechęcał pacjenta do skorzystania z takich leków, co narazi go na niepotrzebne cierpienie oraz wydłuży proces wychodzenia z tej choroby.

W każdej profesji – także wśród lekarzy, coachy, trenerów rozwoju czy psychoterapeutów znajdują się naciągacze, którzy wbrew obowiązującej wiedzy, a nawet zdrowemu rozsądkowi składają klientom nierealistyczne obietnice, byle ich tylko przy sobie utrzymać i zarobić na ich myśleniu życzeniowym lub desperacji. Niektórzy posuwają się nawet do stosowania psychomanipulacji. Na szczęście tacy oszuści stanowią zdecydowaną mniejszość. Większość specjalistów działa zgodnie z zasadami etyki zawodowej.

Jak nie wpaść w pułapkę myślenia życzeniowego?

Zadaj sobie pytanie „jak wyglądałby świat, gdyby można było osiągnąć dany cel w taki sposób, jakiego oczekuję”. Przykładowo: czy gdyby istniał cudowny specyfik na porost włosów lub schudnięcie, to czy byliby w ogóle ludzie łysi lub otyli? Raczej nie…

Następnie zastanów się nad tym, na ile masz realny wpływ na swój problem. Część rzeczy jest poza naszym zasięgiem (np. nie wybieramy sobie genów), ale to nie znaczy, że nie możemy nic zrobić. Zawsze mamy pole manewru, które warto efektywnie wykorzystać. Poczucie wpływu i sprawstwa jest niezmiernie ważne w pracy nad sobą – zwłaszcza przy określaniu stopnia realności celów oraz zaplanowaniu optymalnych działań służących ich realizacji.

Przeprowadź rozumowanie typu: czym charakteryzują się te osoby, które osiągnęły pożądane przeze mnie rezultaty? W jaki sposób i w jakim czasie to osiągnęły? Z jakiego pułapu startowały? Czym różnią się ode mnie? W czym są podobne? Jakich kompetencji, wiedzy, doświadczeń, działań jeszcze mi brakuje, aby osiągnąć moje cele?

Przeanalizuj, jakimi zasobami dysponujesz oraz kto i w jaki sposób może ci pomóc w ich lepszym wykorzystaniu. Zastanów się, czy praca z tym specjalistą przynosi ci korzyści/ postępy. Przykładowo: jeśli coach kariery ograniczałby się tylko do afirmacji typu „jesteś zwycięzcą” i nie byłoby praktycznej pracy nad analizą twoich kompetencji, realnych ścieżek kariery czy zaplanowania konkretnych działań, które przybliżą cię do osiągnięcia ambicji zawodowych, to radziłabym poszukać innego coacha.

Pomocne jest poznanie technik obrony przed manipulacją. Polecam książkę doktora psychologii Tomasza Witkowskiego „Psychomanipulacje”. Warto również stosować wgląd w siebie i autorefleksję oraz odkrywać głębsze przyczyny swoich problemów i odczuć. Dopiero takie podejście pozwoli dokonać trwałej zmiany i poprawy jakości życia.

Szukaj wsparcia osób, które są wobec ciebie szczere, uczciwe, powiedzą ci prawdę (nawet trudną) oraz dają realne wsparcie. A nie tylko przytakują i mówią to, co chcesz usłyszeć. Zwracaj uwagę na to, jakimi wartościami kierują się w swoim życiu i pracy oraz czy naprawdę zależy im na tym, abyś osiągnął swoje cele i „stanął na własnych nogach”. Jeśli korzystasz z coachingu, treningu rozwoju osobistego lub psychoterapii, zwracaj uwagę na to, czy taka osoba nie próbuje uzależnić ciebie od swojej pomocy. Z drugiej strony pogódź się z tym, że nikt może wyręczyć cię w pracy nad sobą.

Pamiętaj, że coaching ani terapia nie powinny stać się twoim sposobem na życie i nie mogą trwać w nieskończoność. Zaś relacja z coachem czy psychoterapeutą nie zastąpi związków z bliskimi.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

NES Healthcare

Artykuł został opublikowany na portalu znanylekarz.pl w lutym 2017 r.

 

Jak w pracy wyjść z roli wybawiciela i nie skończyć jako ofiara?

Podczas prowadzenia procesów coachingowych wiele razy spotykałam ludzi, którzy w pracy najpierw dawali z siebie za dużo, potem czuli się wykorzystywani i niedoceniani, a gdy w końcu zaczęli stawiać granice, dla otoczenia stawali się „źli”. Jak nie wpaść w pułapkę „Trójkąta dramatycznego”?

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Trójkąt dramatyczny Karpmana

Dr Stephen Karpman stworzył koncepcję Trójkąta dramatycznego, aby opisać występujące w wielu rodzinach dysfunkcyjnych (np. z problemem alkoholowym) role „wybawiciela”, „ofiary” i „prześladowcy”. Karpman zaobserwował jednak, że często w ramach tej samej rodziny dochodzi do przechodzenia z jednej roli w drugą i trzecią.

Wybawiciel poświęca się dla innych. Bywa, że robi to nawet, gdy nikt go o to nie prosi. Bierze na swoje barki borykanie się z trudną sytuacją, pomaga nawet kosztem siebie, stawia wyżej potrzeby innych niż własne. Przykładowo może to być matka, która „dla dobra rodziny” pozostaje w związku z mężem alkoholikiem, stara się chronić dzieci przed jego dysfunkcyjnymi zachowaniami (np. robieniem awantur, zaciąganiem długów na zakup alkoholu), a nawet próbuje wyciągnąć z nałogu, choć on nie przejawia żadnej motywacji. Sama utrzymuje dom, zajmuje się dziećmi i mężem. Dzielnie walczy ze wszystkimi problemami.

Ale w którymś momencie może mieć dosyć bycia wybawcą i ciągłego poświęcania się – zwłaszcza, gdy jest niedoceniana i widzi nierównowagę „wkładów”. Coraz bardziej czuje się wykorzystywana, sfrustrowana i nieszczęśliwa. Narasta żal wobec innych, poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Zaczyna czuć się ofiarą w tej relacji. Gdy w końcu wybucha i „wygarnia” długo tłamszone żale albo gdy po prostu zaczyna stawiać granice lub żądać od innych członków rodziny zrównoważenia obowiązków, może zacząć być postrzegana jako „zły” (prześladowca). Taki odbiór jej zachowań przez otoczenie może być wynikiem nie tylko tego, że innym jest wygodnie mając pod ręką „wybawiciela”, ale również wzmacnia ten efekt zasada kontrastu: jeśli ktoś ciągle się poświęcał, to gdy tylko przestaje, otoczenie jest zdezorientowane. Przyzwyczaiło się już, że dana osoba działa z pozycji „wybawcy” i czerpie z jej poświęcenia wymierne korzyści (np. alkoholik był wyręczany z obowiązków domowych i rodzicielskich). Otoczenie może naciskać, aby dotychczasowy wybawca wrócił do tej roli. Jeszcze silniejszy kontrast pojawia się, gdy niedawny wybawca zaczyna w sposób otwarty okazywać swoje pretensje czy odgrywać się na swoim prześladowcy.

Drugi, bardzo zbliżony scenariusz jest taki, że wybawiciel po jakimś czasie poświęcania się, wyręczania innych oraz rezygnacji z własnych potrzeb, czuje się zmęczony i zirytowany rolą „wiecznego pomagacza”. Zaczyna więc odreagowywać swoje żale i frustracje na tych, którym dotąd tak chętnie pomagał. Niespodziewanie dla siebie i innych staje się prześladowcą… Te nagromadzone żale, poczucie niesprawiedliwości i wykorzystania mogą znaleźć ujście w pretensjach do innych, gderaniu, obwinianiu ich, że są nieudolni, niewdzięczni, roszczeniowi, nieprzestrzegający normy wzajemności. Taka drastyczna zmiana zachowań dotychczasowego wybawiciela może spowodować, że „biorca” zatakuje swego „dobroczyńcę” np. zarzucając mu nieuczciwe intencje, bycie dobrym na pokaz, dowartościowywanie się kosztem słabszych. Takie zarzuty powodują, że wybawiciel ma poczucie jeszcze większej krzywdy, niedocenienia, rażącej niesprawiedliwości i niewdzięczności. Jeśli jego poczucie własnej wartości spadnie, to może starać się je podnieść oraz odzyskać sympatię otoczenia wchodząc znów w rolę wybawiciela…

Podczas swojej pracy coachingowej wielokrotnie obserwowałam analogiczny proces przejścia w pracy zawodowej z roli wybawcy, do roli ofiary, a potem „złego”.

Jak najlepszy pracownik stał się „tym złym”?

Najczęściej proces ten przebiega w następujący sposób. Nowy pracownik chce jak najlepiej zaprezentować się podczas okresu próbnego, zostać doceniony i polubiony przez szefa oraz współpracowników. Daje z siebie wszystko. Często boi się być asertywny, stawiać granice, a zwłaszcza odmówić, aby nie narazić się na zarzuty, że jest mało zaangażowany, egoistyczny, nieżyczliwy i nie chce współpracować z zespołem. Jeśli taki pracownik dodatkowo ma wysokie kwalifikacje, jest ambitny, bardzo odpowiedzialny, wewnętrznie zmotywowany oraz dba o najwyższe standardy pracy, faktycznie robi dużo więcej niż inni. Dla szefa i współpracowników taki pracownik jest bardzo wygodny, gdyż zawsze można na niego liczyć i być pewnym, że powierzone mu zadania zostaną świetnie wykonane.

Rodzi to pokusę, aby zrzucać mu zadania najtrudniejsze, najbardziej czaso i pracochłonne, a zwłaszcza te, które są niezwykle ważne, ale nie przynoszą poklasku (czyli od razu widać, jeśli nie zostały dobrze wykonane, ale nie przynoszą docenienia, jeśli są należycie zrobione).

W jeszcze gorszej sytuacji znajdują się pracownicy, którzy w ogóle nie potrafią być asertywni (ani nawet zadbać o siebie), są przesadnie altruistyczni (np. lekarze „z misją”), a także osoby panicznie bojące się odrzucenia, krytyki lub zwolnienia z pracy. Tacy ludzie błyskawicznie wychwytują każdą oznakę niezadowolenia ze strony szefa i współpracowników. Zaś zarzuty typu „zawiodłam się na tobie”, „myślałem, że mogę na ciebie liczyć/ ufać ci”, „wydawałeś się taki życzliwy, a okazałeś się egoistą”, „myślałam, że zależy ci na tej pracy/ relacjach w zespole/ pacjentach” trafiają w samo serce, ranią głęboko i powodują, że taka osoba jest gotowa na wszystko, byle nie słyszeć takich słów…

Jeśli ktoś ma niskie poczucie własnej wartości i „atrakcyjności społecznej”, to może sam brać na siebie coraz więcej obowiązków, gdyż jest głęboko przekonany, że to jedyna metoda, aby zostać zaakceptowanym w zespole. Może sam zgłaszać się do dodatkowych projektów (również w innych działach), oferować wszystkim pomoc i sprawiać wrażenie, że lubi taki styl pracy. W takiej sytuacji, nawet jeśli otoczenie nie zamierzało tej osoby wykorzystywać, to i tak po jakimś czasie faktycznie jest ona przeciążona, nie może się wyrobić ze swoją pracą, jest coraz bardziej zmęczona i sfrustrowana.

Tendencję do wchodzenia w rolę wybawiciela miewają także osoby, które zbyt głęboko zinternalizowały normy i oczekiwania społeczne. Takie osoby mogą poświęcać się dla innych nawet, gdy w głębi serca nie są altruistami ani nie odnajdują prawdziwego spełnienia postępując w taki sposób. Jednak ulegają presji społecznej i oczekiwaniom innych. Przykładowo: lekarze często słyszą, że powinni na pierwszym miejscu stawiać pacjentów (a nie siebie) oraz że powinni nieść pomoc wszystkim potrzebującym (nawet, gdy sami słaniają się ze zmęczenia). Lekarze, którzy ulegli tej presji, mogą czuć ogromne wyrzuty sumienia, gdy próbują stawiać granice. Zwłaszcza na początku kariery zawodowej taka osoba może bardzo chcieć zaprezentować się jako empatyczny i zaangażowany pracownik, który zawsze staje na wysokości zadania, nawet gdy sam ponosi coraz większe koszty osobiste.

Dobrym materiałem na „wybawiciela” bywają również pracoholicy oraz osoby nie umiejące utrzymywać równowagi między życiem prywatnym a zawodowym (work-life balance), gdyż nie widzą problemu w siedzeniu po godzinach, zabieraniu pracy do domu, byciu ciągle „online” oraz niekorzystaniu z urlopów… Tacy ludzie zwykle długo nie zdają sobie sprawy, jak bardzo to podejście do pracy wyniszcza ich fizycznie i psychicznie oraz rujnuje ich życie osobiste.

Po jakimś czasie pracy ponad siły (zwłaszcza, gdy współpracownicy faktycznie pracują znacznie mniej) rodzi się zwykle poczucie krzywdy, wykorzystania, rażącej niesprawiedliwości. „Przodownik pracy” zaczyna czuć się ofiarą i frajerem. Rośnie rozgoryczenie i frustracja. Część osób pozostaje w roli ofiary, bo nie potrafi z tej pułapki sama wyjść, a dodatkowo ma poczucie, że nie może w firmie na nikogo liczyć. Jeśli wcześniej doznała przemocy lub mobbingu, to nie tylko „ma doświadczenie w byciu ofiarą”, ale często straciła już wiarę, że może być inaczej…

Jednak część osób nie ma zamiaru dłużej być wykorzystywana i przeciążana zadaniami. Ku zaskoczeniu współpracowników – składa wypowiedzenie. Jeśli na odchodne zrobi „godzinę szczerości” i otwarcie powie, że była wykorzystywana, traktowana niesprawiedliwie i zawalana pracą, podczas gdy inni robili ułamek tego, co ona, to jest duże prawdopodobieństwo, że szef i współpracownicy (nie chcąc przyznać się, że faktycznie ją wykorzystywali) zaatakują ją, zaczną podważać jej kompetencje, efekty pracy albo wręcz zarzucą najgorsze motywacje. Innymi słowy obsadzą tą osobę w roli „złego”. W ten sposób „wybawiciel” poczuje się podwójnie skrzywdzony i utwierdzi się w przekonaniu, że trafił na wyjątkowo podłych ludzi. Przecież tak wiele z siebie dał firmie i zespołowi, a zamiast doceniania spotkały go niezasłużone obelgi. Zacznie żałować, że był tak zaangażowany, pomocy, odpowiedzialny. Pomyśli, że był „lubiany” tylko wtedy, gdy inni czerpali korzyści z jego altruizmu, zaangażowania i poświęcenia.

Część osób spróbuje wyjść z roli ofiary pozostając nadal w swoim zespole. Zacznie stawiać granice i domagać się awansu/ podwyżki/ premii. Nie będzie już pozwalać, aby inni rzucali na nią dodatkową pracę. Będzie domagać się od szefa sprawiedliwego podziału pracy i nagród. Jeśli przełożony nie potrafił egzekwować od innych prawidłowego wykonywania zadań i zlecał pracę głównie tym, którzy nie potrafili odmówić, to ten przełożony znajdzie się w niewygodnej dla siebie sytuacji. Zamiast przyznać się (choćby tylko przed sobą), że był niesprawiedliwy lub nieudolny, to szef zacznie mieć pretensje do „wybawiciela”, że „się stawia” i „ma humory”… Także współpracownicy nie będą zadowoleni z nowego zachowania „przodownika pracy”. Gdy pójdzie wreszcie na zaległy urlop, to zespół będzie musiał wykonywać jego dotychczasowe zadania (i może dopiero wtedy zobaczy, jak wiele obowiązków zrzucili na barki „wybawiciela”). Nie będzie rwał się do pomocy ani siedzenia po godzinach. Być może współpracownicy zaczną zarzucać mu egoizm, wywyższanie się, chorą ambicję. Jeśli „przodownik pracy” dodatkowo górował nad zespołem kompetencjami i efektywnością, to stanie się solą w ich oku, zacznie wzbudzać zawiść, złośliwość, a nawet mobbing.

Jak wyjść z Trójkąta dramatycznego?

Wydostanie się z Trójkąta dramatycznego Karpmana wcale nie jest łatwe. Po pierwsze dlatego, że rzadko ktoś jest od początku świadomy, że wchodzi w schemat wybawiciel – ofiara – prześladowca (lub wybawiciel – prześladowca – ofiara). Bywa, że przechodzi wiele razy ten cykl i nie zauważa, że historia znów się powtórzyła.

Ponadto rzadko mówi się o tym, wchodzenie w rolę wybawcy nie jest zdrowe ani dla niego ani dla osób, którym pomaga. Zaś od niektórych zawodów wręcz wymaga się altruizmu. Np. nie bez powodu używa się sformułowania „służba zdrowia”, aby podkreślić, że lekarz i pielęgniarka mają wręcz moralny obowiązek poświęcać się dla pacjentów – nawet swoim kosztem. Są to oczekiwania nie tylko trudne do spełnienia, ale wręcz niszczące dla obarczonych nimi osób.

Miłosz Brzeziński książce „Głaskologia” ujął to niezwykle celnie: „Wśród pomagających rozróżniamy takich, którzy nie myślą o sobie, i takich, którzy dbają o zachowanie dobrej kondycji. Ci pierwsi zrazu wyglądają na lepszych ludzi, bo mniej dbają o własne siły. Tymczasem podłużne badania pokazują, że w ogólnym rozrachunku dbanie o siebie pozwala pomagać innym dłużej, bez choroby i wypalenia, bardziej przewidywalnie i równo, co finalnie pozycjonuje pomagających jako efektywniejszych.” Niestety zwykle wybawców stawia się na piedestale jako wzór cnót, zaś „zdrowy egoizm” jest potępiany. Osoby altruistyczne często wpadają w pułapkę i poświęcają się ponad miarę nie potrafiąc znaleźć zdrowej granicy między „miłością do siebie” a „miłością bliźniego”.

O tym, jakie są powody oraz konsekwencje bycia zbyt miłym, pisałam w moim artykule „Jesteś zbyt… miły? To niedobrze!”.

Bywa, że dopiero praca z coachem lub psychoterapeutą pozwala człowiekowi zauważyć, że wpadł w Trójkąt dramatyczny Karpmana i powiela ten autodestrukcyjny sposób działania. Często taka osoba początkowo wchodzi w proces coachingu (lub psychoterapii) z zupełnie innego powodu. Na przykład: chce być bardziej asertywna w życiu prywatnym i/lub zawodowym, w kolejnej firmie nie może liczyć na awans lub podwyżkę pomimo wysokich kompetencji i świetnych wyników, zaczyna wypalać się zawodowo, nie osiąga swoich celów i aspiracji, dokuczają jej choroby psychosomatyczne lub depresja, czuje się coraz bardziej sfrustrowana, nieszczęśliwa, wykorzystywana itp.

W takich sytuacjach pierwotne przyczyny wchodzenia w Trójkąt dramatyczny mogą być nieoczywiste i wieloaspektowe. Odkrycie ich wymaga głębokiego wglądu w siebie oraz wiedzy i wsparcia ze strony specjalisty. Przykładowo: ktoś dopiero teraz może zdać sobie sprawę, jakie skutki w jego dorosłym życiu miało dzieciństwo w rodzinie dysfunkcyjnej (np. z uzależnionym, agresywnym lub niestabilnym emocjonalnie rodzicem).

Sam trening umiejętności psychospołecznych (np. asertywności czy otwartej komunikacji) zwykle nie rozwiąże problemu. Niezbędna jest praca nad sobą, przepracowanie swoich lęków (np. przed krytyką i odrzuceniem), praca nad zmianą przekonań i wartości (np. przyznanie sobie prawa do dbania o siebie, do asertywności, do realizacji własnych celów nawet, gdy są one w konflikcie z oczekiwaniami innych np. szefa czy partnera). Potrzebne jest też podniesienie swojego poczucia własnej wartości i uwierzenie w to, że inni mogą nas lubić i cenić nie tylko wtedy, gdy wchodzimy w rolę „wybawiciela”.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

NES Healthcare

Artykuł został opublikowany na portalu znanylekarz.pl w styczniu 2017 r.

 

Jesteś zbyt… miły? To niedobrze!

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

 

Od dziecka słyszymy, że powinniśmy być zawsze mili i lubiani. Jednak, jeśli staramy się być tacy za wszelką cenę, często pojawia się frustracja i poczucie bycia wykorzystanym. Wpadamy w pułapkę bycia zbyt miłym. Jak można budować dobre relacje z innymi i jednocześnie zadbać o samego siebie?

Na czym polega syndrom bycia zbyt miłym?

Jak wynika z książki „The Top Five Regrets of the Dying” (Pięć rzeczy, jakich żałują umierający) autorstwa pielęgniarki paliatywnej Bronnie Ware, żałują oni zwykle, „że nie mieli odwagi przeżyć życia po swojemu, a żyli tak, by spełniać oczekiwania innych”, „że nie spędzali więcej czasu z rodziną, za dużo siedzieli w pracy” oraz „że nie mieli odwagi wyrażać swoich uczuć i tłumili je przed światem, aby przypodobać się innym („Mylnie mili. Jak wyleczyć siebie samego”, Katarzyna Growiec, Poradnik Psychologiczny Polityki, tom 20, „Psychoterapia dla kogo, u kogo?” str. 114)

Innymi słowy – ludzie ci żałują, że nie byli asertywni. Przy czym nie chodzi tylko o odmawianie niechcianym prośbom, ale także o stawianie (i bronienie) swoich granic, domaganie się w relacjach szacunku, partnerstwa i wzajemności, o umiejętność otwartego mówienia o swoich uczuciach, potrzebach i oczekiwaniach. Zdarza się także, że osoba „zbyt miła” nie potrafi nawet asertywnie przyjąć komplementu i zamiast z radością podziękować, deprecjonuje sama siebie, czym skutecznie zniechęca otoczenie do chwalenia i doceniania jej.

Bywa, że tacy ludzie nie umieją nawet zaprezentować swoich kwalifikacji czy sukcesów, gdyż boją się, że inni poczują się przez to źle. Pracując z klientami w ramach coachingu kariery miałam wiele razy do czynienia z osobami, które nie potrafiły podczas rozmów kwalifikacyjnych czy ewaluacyjnych prezentować swoich osiągnięć i mocnych stron. Są bowiem przekonani, że mówiąc o tym będą „wywyższającymi się samochwałami” i zostaną źle odebrani przez rekruterów czy szefów. Niestety takie podejście zwykle obraca się przeciwko nim, gdyż wypadają blado w porównaniu do pracowników umiejących pozytywnie się pokazać…

Każda cecha w nadmiarze przestaje być zaletą i zaczyna generować problemy. Tak jest np. z ambicją, która do pewnego pułapu jest niezmiernie pomocna, gdyż motywuje do większego wysiłku i chęci rozwoju. Natomiast przerost ambicji powoduje negatywne konsekwencje np. dążenie do celu „po trupach”, perfekcjonizm czy nieumiejętność cieszenia się z sukcesów.

Analogicznie jest z byciem „zbyt miłym”. Bycie miłym jest bez wątpienia bardzo pozytywną postawą. Osoby miłe są zwykle bardziej lubiane, wzbudzają sympatię, życzliwość i chęć utrzymywania z nimi relacji. Zachowując się w sposób przyjazny i otwarty, możemy często uzyskać więcej niż przyjmując inne strategie (np. wejście w konfrontację). Jednak zdarza się, że ktoś jest „zbyt miły” i ma przez to problemy…

Brytyjska psycholog Jacqui Marson temu syndromowi poświęciła książkę „Bycie miłym to przekleństwo”. Jak wyjaśnia Marson: „Miłymi kieruje bowiem strach przed tym, że inni przestaną ich lubić, jeśli nie będą się na wszystko zgadzać, pomagać o każdej porze dnia i nocy oraz przypomną sobie o własnych potrzebach” .

 

Skąd bierze się syndrom bycia miłym?

„Zbyt mili” swoje potrzeby i cele ustawiają na samym końcu, przez co rzadko kiedy je osiągają. Są z jednej strony przekonani, że inni są od nich ważniejsi, zaś z drugiej – że sami nie zasługują na wzajemność w relacjach. Taka postawa może wynikać z różnych przyczyn. Najczęściej z niskiego poczucia własnej wartości, kompleksów oraz przekonania, że są mało „atrakcyjni społecznie”, więc nikt nie będzie chciał z nimi utrzymywać relacji na równych prawach. Wierzą, że aby zyskać akceptację i przynależność, muszą się poświęcać i spełniać oczekiwania innych. Jeśli ktoś od dziecka był krytykowany i otrzymywał w najlepszym razie jedynie miłość warunkową (tzn. „kocham cię tylko gdy spełniasz moje oczekiwania i robisz, czego ja chcę”), będzie szczególnie podatny na lęk przed odrzuceniem, krytyką oraz na niską samoocenę. Podobnie może być, gdy w dzieciństwie był często stosowany szantaż emocjonalny oraz wzbudzanie ciągłego poczucia winy lub niespełniania pokładanych w dziecku ambicji – zwykle nie możliwych do spełnienia.

Ponadto w niektórych rodzinach dzieci (zwłaszcza dziewczynki) są niejako wychowywane do bycia miłym i nastawiania się na nieustanne spełnianie oczekiwań innych – także swoim kosztem. Jak wyjaśnia Katarzyna Growiec w „Poradniku Psychologicznym Polityki”: „Sprzyja temu sytuacja, gdy jest w nich ktoś uzależniony, depresyjny lub bardzo wymagający, najczęściej rodzic.” W takiej rodzinie dziecko uczy się, że musi być bardzo wyczulone nawet na najdrobniejsze sygnały z otoczenia, aby wiedziało, kiedy powinno zejść z drogi, kiedy się przymilać lub wysłuchiwać narzekań, a kiedy starać się rozładować gniew (np. starając się rozbawić rodzica). Dziecko uczy się też wtedy, że problemy innych (np. ojca alkoholika czy bitej matki) są ważniejsze niż jego i że nie powinno „zawracać innym głowy”, sprawiać problemów ani tym bardziej oczekiwać zaspokojenia jego potrzeb. Bywa, że takie dziecko nieświadomie wchodzi w jedną z ról typowych w rodzinach dysfunkcyjnych – zwłaszcza „bohatera” lub „wyrzutka – kozła ofiarnego” lub „maskotki” lub wspomagacza – czyli „dziecko rodzic” opiekujące się innymi (M. Komorowska „Funkcjonowanie dzieci z rodzin alkoholowych”, Remedium, Nr 4/ 2008 r.).

Błędem jest także wmawianie dzieciom, że nie wolno im odczuwać ani tym bardziej wyrażać „brzydkich” emocji takich jak: gniew, złość, rozgoryczenie, żale wobec innych, bo „grzeczne dzieci” tak się nie zachowują / nie czują… Ponieważ „złe” emocje są tak samo częścią naszego życia jak „dobre”, więc takie dziecko uczy się od najmłodszych lat, że musi wypierać „brzydkie” odczucia, bo inaczej będzie złym człowiekiem. To prowadzi do odcięcia się od własnych emocji albo nadawania im nieprawdziwych „etykiet” np. gdy ktoś odczuwa rozgoryczenie, ale mówi sobie, że to smutek albo gdy złość na kogoś nazywa zdenerwowaniem. Takie wyparcie emocji może też prowadzić do biernej agresji albo autoagresji. Podczas prowadzenia coachingu wiele razy spotykałam się z sytuacją, gdy klient nie potrafił prawidłowo nazwać swoich emocji/ uczuć, wypierał je albo wstydził się, że ich doświadcza i czuł się przez to gorszy od innych oraz niezasługujący na dobre rzeczy. Włączał swoistą „autocenzurę”. Przy takiej postawie człowiekowi jest bardzo trudno określić swoje własne cele, wartości, potrzeby oraz budować partnerskie relacje w życiu osobistym i zawodowym. Jeszcze trudniej jest wyzwolić się z ciągłego lęku przed odrzuceniem oraz nauczyć się być asertywnym oraz pewnym swojej wartości.

Do czego może prowadzić bycie „zbyt miłym”?

W pracy zawodowej „zbyt mili” pracownicy często wypadają poniżej swoich kwalifikacji, gdyż nie potrafią się promować, mogą omijać ich awanse i podwyżki. Wielu moich klientów coachingowych opowiadało, że czuli się niedoceniani, niesprawiedliwe traktowani i sfrustrowani, ale nie potrafili „walczyć o swoje”, gdyż panicznie bali się, że przestaną być wtedy lubiani…
Spotykałam się także z sytuacjami, gdy osoby „zbyt miłe” za bardzo starały się dopasować do oczekiwań rekrutera oraz chciały być za wszelką cenę postrzegane jako „nie sprawiające problemów i ugodowe”. W efekcie zbyt łatwo rezygnowały z ważnych dla siebie kwestii (np. szybko schodziły w dół z oczekiwanego wynagrodzenia). Jeśli trafiły na rekrutera, który „testuje granice” i naciska póki kandydat nie dojdzie do ściany, to bywało, że godziły się na warunki poniżej tego, co mogłyby realnie uzyskać. Najgorzej, gdy rozpoczynały pracę u nowego pracodawcy już z poczuciem wykorzystania.

Na osoby zbyt miłe i nieasertywne – zwłaszcza, gdy jednocześnie są kompetentne, sumienne i odpowiedzialne, zwykle jest zwalana dodatkowa praca i obowiązki, ale nie idzie za tym większe wynagrodzenie czy awans. To one dostają przysłowiowe „dyżury w Wigilię”, zadania, którymi inni nie chcą się zająć, dla dobra projektu i zespołu siedzą po godzinach, rezygnują z urlopu, przychodzą chore do pracy… Nie potrafią odmówić, bo inni będą zawiedzeni, okażą swoje niezadowolenie, będą robić wymówki.

Ponadto, jak zauważa profesor Robert L. Leahy – jeden z najbardziej znanych psychoterapeutów poznawczo – behawioralnych, „Osoby, które uważają, że powinny zyskać aprobatę całego otoczenia, są bardziej podatne na depresję i lęk, ponieważ nieuchronnie nie udaje im się sprostać przyjętym standardom.” (Robert L. Leahy, „Techniki terapii poznawczej”).

Podczas prowadzonych przeze mnie szkoleń z umiejętności psychospołecznych (np. komunikacji z pacjentem, asertywności) wiele razy słyszałam od lekarzy, że nie potrafią odmówić przyjęcia dodatkowych pacjentów, nawet gdy już dawno powinni skończyć pracę, a problem, z jakim przyszedł pacjent, nie wymaga udzielenia mu natychmiastowej pomocy. W efekcie tacy lekarze są chronicznie zmęczeni, przepracowani, często pojawia się pracoholizm, wypalenie zawodowe, konflikty w ich rodzinie. Najbardziej przeraziły mnie wyznania niektórych lekarzy, że boją się wyjść do toalety, bo spotyka się to z pomrukami niezadowolenia ze strony pacjentów! To już skrajny przykład, jaką pułapką jest chęć bycia zawsze miłym, pomagającym i stawiającym potrzeby innych wyżej niż swoje…

Jak pisze Anna Dobrowolska: „Przekonanie, że inni będą nas cenili tylko wtedy, gdy będziemy nieskazitelni, to pierwszy krok do przygnębienia, a nawet depresji” ( Anna Dobrowolska, „Stale doskonale?” Poradnik Psychologiczny Polityki, tom 24, „Rady na kłopoty”, str. 25).
W związkach osoby „zbyt miłe” często dają się wykorzystywać. Bardzo mocno działa na nie szantaż emocjonalny, wzbudzanie poczucia winy, groźba odrzucenia, krytyka. Nawet jeśli próbują postawić granice, to wystarczy, że druga osoba zarzuci im, że są „niewdzięczni, niekoleżeńscy, nie można na nich polegać”, a osoba miła będzie znów uległa – zamiast zastanowić się najpierw czy takie oskarżenia są zasadne oraz czy w ogóle chce nadal utrzymywać relacje z osobami, które są roszczeniowe i wykorzystują manipulacje, aby osiągnąć własne cele.
Bywa też, że osoba „zbyt miła” poświęca się nawet wtedy, gdy nikt tego od niej nie oczekuje. Sama może nawet proponować, że zrobi coś dla innych, zrezygnuje ze swoich planów i aspiracji, a potem ma pretensje, że inni tego nie doceniają – nie mówiąc już o odwzajemnieniu. Zdarza się nawet, że osoby „zbyt miłe” zgadzają się na seks, choć wcale nie mają na to w tym momencie ochoty, ale nie chcą sprawić przykrości partnerowi…

Po czym poznać, że jesteś „zbyt miły”?

Nie ma oczywiście algorytmu, który dawałby nam precyzyjną odpowiedź, kiedy jesteśmy mili w „zdrowej normie”, a kiedy „zbyt mili”. Jeśli jesteśmy empatyczni, odpowiedzialni i zależy nam na relacjach, to dziesiątki razy będziemy mieć wątpliwości, czy podjęliśmy właściwe zachowanie w danej sytuacji i gdzie kończy się „zdrowy egoizm” a zaczyna skrajny egoizm.
Jednak pomocne może być zadawanie sobie następujących pytań:

  • Czy kiedy robię coś dla innych, to z własnego wyboru czy ze strachu przed karą lub odrzuceniem albo z przymusu?
  • Czy moje relacje z innymi są partnerskie i dajemy sobie nawzajem, czy tylko ja jestem wiecznym „dawcą”, zaś otaczają mnie sami „biorcy”?
  • Czy w mojej pracy/ rodzinie wszyscy kierują swoje prośby i oczekiwania głównie wobec mnie, bo nie umiem odmówić?
  • Jak moi bliscy i współpracownicy reagują, gdy próbuję mówić im o moich potrzebach, emocjach, problemach? Czy oferują pomoc i wsparcie? Czy raczej reagują zniecierpliwieniem, bagatelizują moje problemy, sprawiają, że czuję się winny/a, że w ogóle im o tym powiedziałem/łam?
  • Czy przyznaję sobie takie samo prawo do dbania o własne potrzeby i cele, jakie przyznaję innym?
  • Czy niemal zawsze czuję się winny/a, gdy nie chcę albo nie jestem w stanie komuś pomóc?

Dobrze jest zastanawiać się na tym, jaki był długofalowy, a jaki krótkofalowy skutek „miłego” postępowania. Jeśli otoczenie docenia twój wkład i otwartość oraz odpłaca ci tym samym, to wszystko w porządku. Jednak jeśli twoja życzliwość zachęca do eskalacji oczekiwań oraz roszczeń, lepiej jeśli zmodyfikujesz swoje zachowanie.

Pułapka może polegać też na tym, że gdy ktoś ulega niechcianej prośbie, krótkofalowo odczuwa ulgę, gdyż uniknął trudnej rozmowy, czyjegoś niezadowolenia, wyrzutów lub szantażu emocjonalnego. Jednak w ten sposób zachęcił tylko do kolejnych próśb, więc za chwilę znajdzie się w sytuacji, której tak bardzo chciał uniknąć. Znów będzie musiał zdecydować, czy zgodzi się wbrew sobie, czy odmówi narażając się tym samym na atak.

Jak wyjść z pułapki?

Przede wszystkim warto zastanowić się, jakie uczucia i emocje towarzyszą najczęściej naszym relacjom z innymi. Jeśli bardzo często pojawia się niepewność, niska samoocena, strach przed kolejnymi oczekiwaniami i zawiedzeniem kogoś, wyrzuty sumienia nieadekwatne do sytuacji, obwinianie się, to znaczy, że mamy problem… Trzeba też skonfrontować się z lękiem przed odrzuceniem i krytyką.
Warto zadać sobie dwa pytania:

  • Czego najbardziej się boję w tej sytuacji?
  • Na ile prawdopodobny jest ten najgorszy scenariusz?

Dzięki temu możemy urealnić swoje lęki i zobaczyć, że zwykle w zdrowych relacjach jest mało prawdopodobne, aby każda odmowa czy posiadanie innego zdania kończyło się karą czy wykluczeniem. A jeśli by tak jednak było, to radzę przemyśleć, czy naprawdę chcemy tkwić w takich związkach….

Praca z psychoterapeutą lub coachem pozwala przyjrzeć się swoim problemom, przeanalizować swoje przekonania i cele oraz urealnić oczekiwania wobec siebie samego i wobec innych. Pomaga też przyjrzeć się emocjom i potrzebom, wzmocnić poczucie własnej wartości i posiadania wpływu na swoje życie. Przydane też bywa szkolenie z asertywności i otwartej komunikacji oraz poznanie technik obrony przed psychomanipulacją.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach
NES Healthcare

Artykuł został opublikowany na portalu znanylekarz.pl w grudniu 2016

Noworoczne postanowienia

Koniec roku to dla wielu czas podsumowań oraz snucia planów na przyszły rok. Część z nas opracowuje także noworoczne postanowienia. Jak wejść w Nowy Rok z energią i wiarą w siebie?

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach
NES Healthcare

Artykuł został opublikowany na portalu Medycyna i pasje w grudniu 2014

Jak konstruktywnie podsumować miniony rok?
Koniec roku wielu z nas skłania do refleksji na tym, czy udało nam się zrealizować swoje cele i zamierzenia. Dokonując podsumowania minionego roku warto trzymać się kilku zasad, aby noworoczne postanowienia nie stały się kamieniem u szyi.

– Czy prawidłowo postawiłeś/postawiłaś swoje cele na mijający rok?Jak pisałam w poprzednim artykule poświęconym wyznaczaniu celów osobistych i zawodowych, nieodpowiednio sformułowane cele mogą stać się źródłem frustracji, demotywacji i spadku samooceny. Zanim zaczniesz się rozliczać, zastanów się, czy te cele były w ogóle realne oraz doprecyzowane. Czy stawiając je sobie ustaliłeś/łaś, według jakich kryteriów będziesz mierzyć ich wykonanie (i czy te kryteria zostały mądrze dobrane)? Przykładowo: cel typu „będę lepszym ojcem” nie jest dobrze postawiony, gdyż nie wiadomo, jakie konkretnie działania się za tym mają kryć. Czy chodzi np. o spędzanie z dzieckiem więcej czasu, czy o to, że przestaniesz na nie krzyczeć, a może miałeś na myśli okazywanie dziecku więcej pozytywnych uczuć? Przy zbyt ogólnie postawionych celach nasze poczucie ich wykonania może bardziej zależeć nie od stopnia ich faktycznej realizacji, lecz od naszego stosunku do samych siebie (np. poczucia własnej wartości, samoakceptacji vs tendencji do nadmiernej krytyki).

– Pamiętaj, że podsumowanie roku ma służyć wyciągnięciu konstruktywnych wniosków, a nie obwinianiu się. Niektórzy mają skłonność do wytykania sobie niezrealizowanych celów i wszelkich błędów oraz porażek. W efekcie podsumowanie roku staje się dla nich okazją do robienia sobie wyrzutów. Takie podejście jest bardzo destrukcyjne, gdyż obniża samoocenę oraz zwiększa w nas strach przed kolejnymi porażkami (faktycznymi lub tylko urojonymi w naszych głowach). Bądź sprawiedliwy wobec siebie. Przywołuj zarówno pozytywy, jak i negatywy. Postępuj analogicznie, jak gdybyś przekazywał/a informację zwrotną innej osobie. Prawidłowo udzielony feedback nie jest przecież jedynie wytykaniem tego, co komuś się nie udało, lecz kładzie nacisk na pozytywną motywację i podkreślanie tego, co dobrze poszło.

– Weź pod uwagę nie tylko postawione sobie cele, ale również to, w jakiej jesteś sytuacji. Stawiając sobie cele nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich czynników, które na nas wpłyną. Sytuacja gospodarcza, poziom bezrobocia, sposób funkcjonowania naszego pracodawcy oraz innych osób, a także choroba czy zdarzenia losowe oddziałują na to, czy tu i teraz uda nam się zrealizować dany cel. Może jeszcze wczoraj wszystko było w zasięgu ręki, ale sytuacja zmieniła się diametralnie. Wtedy rozsądniej jest przewartościować swoje cele i plany niż obwiniać siebie i innych. Pogódź się z tym, że nie wszystkie zmienne są pod twoją kontrolą.

– Nagradzaj się nie tylko za efekty, ale także za starania. Pamiętaj, że nie mamy 100% wpływu na to, co nas otacza. Nawet najlepiej przygotowane działanie, w które włożyliśmy całego siebie, może nie przynieść oczekiwanych efektów z powodów od nas niezależnych. Dlatego oceniając swoje działanie warto posłużyć się zaczerpniętą z umów – zlecenie formułą „dołożenia należytej staranności”. Zamiast oceniać swoje działania jedynie na zasadzie: „jest sukces = dobrze, nie ma sukcesu = porażka”, zastanów się, czy zrobiłeś/zrobiłaś to, co należało, aby przybliżyć się do założonego celu. Jeśli dołożyłeś „należytej staranności”, to bądź z siebie zadowolony nawet, gdy efekt nie jest zgodny z twoimi oczekiwaniami.

Jak stawiać noworoczne postanowienia?

Nie planuj walki na zbyt wielu frontach równocześnie. Pamiętaj, że każde zadanie – nawet proste – wymaga określonej dawki twojej energii i zaangażowania. Nasze „moce przerobowe” są ograniczone. Nie planuj więc zbyt wielu wyzwań na raz – nawet, jeśli każde z nich mógłbyś bez trudu wykonać oddzielnie. Analogicznie jest z emocjami oraz z dawaniem sobie rady w stresie. Każde wyjście poza swoją strefę komfortu wymaga wysiłku, samozaparcia oraz jest dla naszej kondycji psychofizycznej pewnym kosztem. Jeśli na przyszły rok zaplanujesz zbyt wiele wyzwań w życiu osobistym i zawodowym, możesz poczuć się przytłoczony oraz zdemotywowany, a w rezultacie nie będziesz mieć siły wziąć się za to, co jest w twoim zasięgu.

Nawyk staje się naszą drugą naturą. Wiele noworocznych postanowień dotyczy wdrożenia lepszego sposobu funkcjonowania. Będę się zdrowiej odżywiać/ co tydzień uprawiać sport/ chodzić wcześniej spać. Wydawać by się mogło, że po prostu wystarczy od jutra zacząć działać po nowemu. Niestety wymaga to zmiany naszych nawyków. Musimy włożyć wysiłek w odmienny styl życia, kupowanie innych produktów, czy w zaplanowanie czasu z uwzględnieniem naszych nowych celów. Trudno zmienić nawyk, gdy nigdy nie zastanowiliśmy się nad tym, jakie korzyści daje nam dotychczasowe działanie. Przykładowo: gdy palimy papierosy, bo dzięki temu wychodzimy z szefem „na dymka”, jemy tłusto i słodko, bo takie jedzenie na chwilę pobudza nasz ośrodek nagrody i poprawia nastrój. Może okazać się, że nasze dotychczasowe otoczenie świadomie lub nieświadomie dodatkowo utrudnia nam te nowe działania. O tym, dlaczego tak trudno jest zmienić nasze przyzwyczajenia i zacząć działać inaczej, w niezwykle ciekawy sposób pisze Charles Duhigg w swojej bestsellerowej książce „Siła nawyku. Dlaczego robimy to, co robimy i jak można to zmienić w życiu i biznesie”. Warto skorzystać z jego rad.

– Pamiętaj, że „słonia trzeba jeść po kawałku”– podziel swoje zamierzenia na cele cząstkowe i nagradzaj się po osiągnięciu każdego z nich. To zwiększy twoją automotywację oraz wiarę w sukces. Nie będziesz też czuć się tak przytłoczony tym, co cię czeka.  Ponadto dzieląc zadanie na mniejsze, łatwiej jest prawidłowo oszacować potrzebne zasoby (np. czas, pieniądze, wysiłek) oraz dokonywać niezbędnej korekty naszych planów.

Bądź elastyczny. Licz się z tym, że dany cel może przestać być dla ciebie ważny, gdyż zmieniłeś się ty sam, twoje priorytety, zakres możliwości, sytuacja. Życie jest pełne niespodzianek i warto być na nie otwartym. Bywa, że wspaniałe okazje przechodzą nam koło nosa, gdyż za bardzo zafiksowaliśmy się na przyjętym celu, niczym koń z klapkami na oczach.

Co jakiś czas zadawaj sobie pytanie: czy ten cel jest dla mnie nadal wartościowy i atrakcyjny. Nie trzymaj się dogmatycznie raz postawionego celu. Zastanawiaj się nad tym, jaki głębszy cel chciałeś/ chciałaś przez to osiągnąć. Za tym samym działaniem mogą kryć się różne cele. Przykładowo: dla jednych w awansie najważniejsza jest podwyżka – ale przecież można próbować ją osiągnąć bez awansu (lub niestety dostać awans bez podwyżki). Dla innych liczy się prestiż i podziw otoczenia, lecz można je zyskać również poza pracą. Bywa, że to, co pierwotnie określiliśmy jako cel, tak naprawdę jest tylko środkiem do uzyskania innego celu. Trzymając się poprzedniego przykładu: zamiast stawiać sobie za cel awans, zastanów się, jakie wartości, korzyści i oczekiwania dla ciebie się z tym celem wiążą. Może okazać się, że lepiej je osiągniesz w innych sposób.

– Zaplanuj czas na odpoczynek, regenerację i przyjemności. Nie pozwól, aby noworoczne postanowienia stały się listą samych powinności, wyrzeczeń i obowiązków w życiu osobistym i zawodowym. Zwłaszcza, jeśli masz tendencję do bycia nadobowiązkowym. Pamiętaj, że rzadko zdarza się, aby inne osoby stawiały twój dobrostan jako priorytet. Niestety jest większe prawdopodobieństwo, że w pracy i życiu osobistym dojdzie do eskalacji oczekiwań wobec ciebie – póki nie padniesz ze zmęczenia (lub asertywnie nie postawisz granic), niż że ktoś powie ci –„odpocznij, ja to zrobię”… Musisz zadbać sam o siebie.

– Powiedz sobie jasno, czego nie zamierzasz w przewidywalnej przyszłości zmieniać, nawet jeśli wiesz, że taka zmiana by ci się przydała. Chyba każdy z nas ma wiele rzeczy, które chciałby poprawić w swoim  wyglądzie, kondycji fizycznej, relacjach z ludźmi, kompetencjach itp. Dążąc do ideału możemy stać się swoją karykaturą (np. jak osoby poddające się kolejnym operacjom plastycznym) lub wpaść w zaburzenia takie jak anoreksja czy ortoreksja (chorobliwa dbałość o zdrowe odżywianie się). Zdrowe podejście polega na tym, aby: pogodzić się z tym, że nie wszystko uda nam się w nas poprawić, w mądry sposób wybrać te rzeczy, nad którymi zamierzamy obecnie pracować oraz zaakceptować część naszych wad i niedoskonałości.

– Pogódź się z tym, że istnieje wiele ważnych lub wspaniałych rzeczy, których nie zrobisz. Jest nieskończenie wielu ciekawych ludzi do poznania, książek do przeczytania, miejsc do odwiedzenia. Jeszcze nigdy w historii ludzkości tak wielu ludzi nie miało tak wielu możliwości. Jeszcze nigdy nie było tak szybkiego przyrostu wiedzy, otwartego dostępu do nauki, kultury, rozrywki, podróży. Takie pojęcia jak: samoorealizacja, hobby, rozwój osobisty to stosunkowo nowe „wynalazki”. Dlatego wielu z nas ma tak duży problem z pogodzeniem się z tym, że wielość możliwych wyborów oznacza również to, że wiele rzeczy nam umknie.

– Nie traktuj życia, jak zadania do wykonania. Jak słusznie śpiewała Anna Maria Jopek: Życie przecież po to jest, żeby pożyć/ nim w kołowrotku pęknie nić. Mądre zarządzanie czasem (a tak naprawdę „sobą w czasie”) nie polega na maksymalizacji liczby zadań, jakie wykonujemy ani na ciągłym podnoszeniu efektywności.

Życzę czytelnikom konstruktywnych postanowień noworocznych, umiejętności cieszenia się z sukcesów swoich i najbliższych, a także wiary w siebie odpornej na przeciwności losu i ludzką zawiść.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach
NES Healthcare

Artykuł został opublikowany na portalu Medycyna i pasje w grudniu 2014

Czy w mocnych stronach może tkwić też słabość?

Zwykle postrzegamy swoje mocne strony jedynie pod kątem zalet. Jednak warto czasem zastanowić się, jakie problemy lub ryzyka mogą wiązać się z nimi. Jest to jeden z ważnych elementów w procesie coachingu.

 

Każdy kij ma dwa końce, czyli co złego może tkwić w mocnych stronach?

W coachingu koncentrujemy się zwykle na zasobach naszych klientów. To na nich możemy budować nasze poczucie kompetencji oraz własnej wartości, a także swoją „przewagę konkurencyjną” na rynku pracy. Oczywiste jest, że jeśli jesteśmy w czymś ponadprzeciętnie dobrzy, to mamy znacznie większą szansę na atrakcyjny zarobek w tej dziedzinie niż gdybyśmy chcieli znaleźć zatrudnienie w takich pracach, gdzie nasze wyniki są gorsze niż innych. Jeśli mamy taką możliwość, to dobrze przyjrzeć się temu, jak natężenie naszych cech wypada w porównaniu do innych osób np. na tle reszty studentów lub współpracowników. Jednak często zapominamy, że zawsze są „dwie strony medalu”…

Jednym z ćwiczeń, które często wykonuję z klientami w ramach coachingu jest wypisanie przez nich ich mocnych stron, a następnie zastanowienie się, jakie mogą pojawić się potencjalne ryzyka lub problemy spowodowane posiadaniem takiej cechy. Przykładowo: bardzo dobre zdrowie/silny organizm to bez wątpienia mocna strona. Dzięki niemu mamy lepszy komfort życia, nie tracimy czasu i pieniędzy na częste chorowanie, możemy pracować więcej i ciężej niż ci, którzy mają problemy zdrowotne. Gdzie tu ryzyko? Otóż osoby o bardzo dobrym zdrowiu mogą uznać, że są „niezniszczalne” i że zalecenia dotyczące np. robienia przerw podczas pracy przy biurku i komputerze czy zapewnienia sobie odpowiedniej ilości snu i odpoczynku są tylko dla „słabeuszy”. Tymczasem każdy człowiek ma określoną odporność psychofizyczną. Miałam wielokrotnie do czynienia z klientami coachingowymi, którzy mając ponadprzeciętną odporność psychiczną i/lub fizyczną brali na siebie zbyt dużo, ignorowali sygnały ostrzegawcze i doprowadzili się do poważnych problemów (np. pracoholizmu, zniszczenia swojego związku lub zdrowia). Przez długi czas uważali, że z tak dobrym zdrowiem nie muszą się oszczędzać, ale potem organizm wystawił im słony rachunek za lata zaniedbań…

Podobnie nastawienie na wynik jest generalnie mocną stroną. Sprzyja efektywności i skoncentrowaniu się na zadaniu. Jeśli jednak szef jest nastawiony tylko na osiągnięcie wyniku (nawet po trupach) i nie dba o relacje w zespole ani nie liczy się z potrzebami czy ograniczeniami swoich podwładnych, to może „zajeździć” zespół, zdemotywować pracowników, doprowadzić do „wyścigu szczurów” i konfliktów, wpędzić niektórych w wypalenie zawodowe lub pracoholizm (który wbrew pozorom wcale nie jest korzystny na dłuższą metę dla firmy), a nawet skłonić część osób do złożenia wypowiedzeń. W ten sposób szef, nawet jeśli osiągnął ten konkretny wynik, to „wygrał bitwę, ale przegrał wojnę”… Ponieważ pracuję także jako trener i konsultant, to doskonale wiem, jak ciężko jest potem znów zmotywować i zintegrować zespół, poprawić atmosferę, przywrócić zaufanie, nie mówiąc już o zrekrutowaniu nowych pracowników i wdrożeniu ich do pracy.

Nie zapominajmy też, że zwykle bardzo silne natężenie jednych cech współwystępuje z niższym poziomem innych kompetencji. Nikt nie jest „alfą i omegą”. Przykładowo: zwykle osoby o wybitnie analitycznych umysłach mogą mieć problemy z komunikacją interpersonalną czy posiadać niższą inteligencję emocjonalną (EQ). Natomiast osoby bardzo kreatywne mogą mieć problemy z konsekwentnym trzymaniem się obranego celu oraz utrzymywaniem automotywacji przez dłuższy czas, a wtedy pomimo wielu świetnych pomysłów mogą żadnego z nich nie zrealizować.

Zachęcam do spojrzenia na swoje mocne strony nie tylko jako na nasze atuty, ale także do zastanowienia się, czy mogą nieść ze sobą jakieś potencjalne problemy. Z im szerszej perspektywy przyjrzymy się swoim zasobom, tym trafniejsze będą nasze decyzje i wybory.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach
NES Healthcare

Artykuł został opublikowany na portalu znanylekarz.pl

Dlaczego w coachingu warto przyjrzeć się również swoim słabym stronom?

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

W mądrym stawianiu celów pomoże nam analiza swoich słabych stron. Choć w procesie coachingu koncentrujemy się głównie na zasobach, to do realistycznej oceny naszych szans i możliwości niezbędne jest również przeanalizowanie naszych słabych stron.

Przyglądanie się podczas coachingu słabym stronom jest niezbędne do mądrego postawienia sobie celów, pamiętając o tym, że cel musi być m.in. realistyczny, czyli możliwy dla nas do osiągnięcia. Stawianie sobie poprzeczki zbyt wysoko motywuje tylko pozornie. Prowadzi bowiem z jednej strony do frustracji, obniżenia poczucia własnej wartości, kompetencji i sprawstwa. A z drugiej może wpędzić w perfekcjonizm, ciągle niezadowolenie z siebie, obwinianie się, eksploatowanie się ponad zdrowe granice.

Ponadto zwykle, aby osiągnąć nasze cele, musimy rozwinąć niektóre swoje kompetencje. Rzadko zdarza się, abyśmy od razu mieli wszystkie niezbędne umiejętności – i to na odpowiednio wysokim poziomie. Warto spojrzeć na naszą lukę kompetencyjną tzn. różnicę między naszym obecnych poziomem danej kompetencji a poziomem optymalnym w danej pracy. Przykładowo: nawet osoba ponadprzeciętnie sprawna fizycznie musi jeszcze bardziej wzmocnić swoje ciało oraz rozwinąć specyficzne umiejętności, jeśli chce zajmować się zawodowo sportem czy pracować w służbach specjalnych.

Oczywiście nad każdą kompetencją można pracować, podobnie jak można wzmocnić każdy mięsień poprzez odpowiedni trening. Ale musimy realistycznie podchodzić do naszych możliwości oraz zrozumieć, jakie są nasze realne ograniczenia, a co jest tylko samoograniczającym przekonaniem, któremu nie powinniśmy ulegać. Przykładowo: to, że nie nadaję się na kosmonautkę, nie jest w moim przypadku samoograniczającym przekonaniem, lecz spojrzeniem obiektywnie na mój stan zdrowia i poziom sprawności fizycznej w porównaniu do tego, jakim wymaganiom muszą sprostać kosmonauci. Dobrze jest przemyśleć, jak dużych nakładów czasu, pracy i pieniędzy wymagałoby rozwinięcie danej umiejętności i czy w ogóle jest realne dla nas osiągnięcie takiego jej poziomu, jaki jest niezbędny do realizacji celu.

Pamiętajmy, że jeśli mamy do czegoś małe naturalne predyspozycje, to nawet wkładając ponadprzeciętny wysiłek, nie osiągniemy tak dobrych rezultatów, jak osoby, które są utalentowane w tym kierunku i równocześnie zmotywowane do ciężkiej pracy. Przykładowo: jeśli nie mam uzdolnień matematycznych, to poświęcając czas i wysiłek na rozwiązywanie zadań będę lepsza w matematyce niż dotąd, ale nigdy nie dojdę do takiego poziomu, jak osoby o umysłach ścisłych.

Oczywiście możemy niektóre umiejętności rozwijać w ramach hobby – tylko dla samej przyjemności wykonywania tych działań i samodoskonalenia, ale bez nastawienia na osiągnięcie wysokiego poziomu profesjonalizmu w tych dziedzinach. Przykładowo: osoby niezbyt nieutalentowane muzycznie mogą odnajdywać ogromną radość w śpiewaniu w amatorskim chórze lub w nauce gry na instrumencie. W takim przypadku rozwijanie swoich słabych stron jest wartością autoteliczną (samą w sobie).

Patrząc na nasze słabe strony warto wziąć pod uwagę nie tylko uzdolnienia, ale także inne nasze zasoby, takie jak zdrowie czy sprawność fizyczna. Przykładowo: jeśli mamy problemy z kręgosłupem, to lepiej dwa razy zastanowić się, zanim zdecydujemy się na zrobienie specjalizacji z chirurgii, gdyż wykonując operacje, stoi się w pozycji bardzo obciążającej dla kręgosłupa. Zamiast chirurgii lepiej będzie wybrać taką specjalizację lekarską, w której nie będziemy aż tak nadwyrężać kręgosłupa, a która jednocześnie będzie dla nas interesująca merytorycznie. Inwestowanie lat w zdobycie uprawnień do wykonywania pracy, którą ze względu na stan zdrowia będziemy mogli wykonywać krótko i do tego bardzo niszcząc swój organizm, nie jest „celem ekologicznym” w rozumieniu coachingu, gdyż nasze cele powinny być dla nas zdrowe. Innymi słowy, jeśli próbując zrealizować swój cel, szkodzimy sobie, to powinniśmy nasz cel zmodyfikować. Myśląc o ekologii celu, należy również uwzględnić to, czy nasze dążenie do niego nie będzie szkodliwe dla innych np. naszych bliskich.

Warto podjąć świadomą decyzję, z którymi naszymi słabymi stronami się godzimy, a nad którymi chcemy pracować, gdyż są dla nas ważne lub mamy realną szansę osiągnięcia naszych zamierzeń. Praca z coachem pomoże spojrzeć na powyższe kwestie z szerszej perspektywy oraz głębiej przyjrzeć się naszym wartościom, dążeniom, umiejętnościom, stylowi działania.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

NES Healthcare

Artykuł został opublikowany na portalu znanylekarz.pl

Po co lekarzowi coaching kariery?

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Choć coaching kariery jest od lat coraz bardziej popularny także w Polsce, to lekarze wciąż rzadko z niego korzystają. Na czym polega coaching kariery i jakie korzyści lekarz może z niego odnieść?

Czym jest coaching?

Coaching jest jedną z metod służących rozwojowi osobistemu i/lub zawodowemu, odkrywaniu i lepszym wykorzystywania swojego potencjału, przezwyciężaniu problemów i skutecznym osiąganiu swoich celów. Jego popularność od wielu lat rośnie lawinowo – również w Polsce. Coraz więcej firm stosuje coaching (oprócz szkoleń, mentoringu i innych narzędzi Zarządzania Zasobami Ludzkimi) jako metodę służącą lepszemu wykorzystaniu potencjału pracowników i osiąganiu przez nich pożądanych celów biznesowych. Taki coaching opłacany jest przez pracodawcę i mogą go prowadzić coache spoza firmy lub coache wewnętrzni (czyli będący pracownikami tej firmy). Proces może być prowadzony indywidualnie (1 na 1), jak i w ramach coachingu grupowego. Równocześnie coraz więcej osób decyduje się na coaching „prywatnie”, czyli płacąc samemu za sesje.

Coaching różni się zarówno od psychoterapii, jak i od doradztwa, treningu czy mentoringu. Nie chcę w tym artykule rozwodzić się nad definicjami coachingu i jego różnymi odmianami, więc przedstawię najprostszy opis. Coaching jest procesem, którego celem jest wzmacnianie klienta w samodzielnym dokonywaniu zamierzonej zmiany w oparciu o jego własne zasoby, potrzeby, wartości. Jest to relacja partnerska, w której coach służy wsparciem, ale nie doradza ani nie ocenia – to klient określa ważne dla siebie cele oraz tempo ich realizacji. Coach pomaga w osiąganiu celów m.in. poprzez dawanie wsparcia emocjonalnego, poszerzenie perspektywy klienta, zadawanie pytań pozwalających uzyskać wgląd w siebie oraz skłaniających do głębszego przyjrzenia się swoim emocjom, potrzebom i oczekiwaniom. Staje się tzw. „inteligentnym lustrem”, w którym klient może się przejrzeć. Nie daje jednak gotowego przepisu „jak żyć” ani nie narzuca swoich wartości, światopoglądu czy postaw.

Podobnie jak w psychoterapii, kluczowa jest relacja między klientem (nazywanym z języka angielskiego „coachee”) i coachem. Jeśli nie ma między nimi „chemii”, są małe szanse, aby proces zakończył się sukcesem. Wybierając coacha zastanów się, czy dobrze czujesz się z tą osobą, czy masz do niej zaufanie, czy odpowiadają ci jej metody pracy, osobowość czy styl bycia.

Spotkania (sesje) odbywają się cyklicznie (najczęściej co 2 tygodnie, ale nie jest to reguła). Możliwy jest również coaching przez skype. Oczywiście samo wzięcie udziału w procesie coachingowym nie rozwiąże czyichś problemów, tak jak samo przychodzenie do dietetyka nie spowoduje schudnięcia… Kluczowe jest to, co klient robi pomiędzy sesjami oraz po zakończeniu procesu. To od klienta zależy, ile wysiłku i determinacji włoży w osiągnięcie swoich celów oraz utrzymanie zamierzonej zmiany.

Na czym polega coaching kariery?

Coaching kariery (coaching zawodowy) jest nastawiony na pomoc klientowi w rozwoju kariery zawodowej. Może polegać na analizie jego zasobów (oraz mocnych i słabych stron) w związku z poszukiwaniem nowej pracy lub staraniem się o awans. Może także dotyczyć wytyczania sobie „zdrowych” celów zawodowych i wypracowania metod skuteczniejszego ich osiągania. Część moich klientów chce przygotować się do nowych wyzwań (np. w związku ze zmianą zakresu obowiązków służbowych, awansem na stanowisko kierownicze czy wyjazdem zagranicę). Dla niektórych powodem skorzystania z coachingu jest chęć znalezienia rozwiązań problemów, jakie pojawiły się w pracy (np. problemy w relacjach ze współpracownikami lub szefem, brak równowagi między życiem osobistym a zawodowym, stres i presja, niskie poczucie własnej wartości, zbyt mała asertywność, a nawet bycie ofiarą mobbingu).

Coaching to praca z celami. Dlatego na początku procesu ustalamy, jakie cele długo i krótkoterminowe klient chce osiągnąć, jakie ma z nimi problemy oraz jakich działań i stylu pracy oczekuje od coacha. Coach pomaga klientowi w takim określeniu celów i sposobów ich realizacji, aby były one zgodne z wartościami, możliwościami i potrzebami klienta, a jednocześnie zwraca uwagę na to, aby osiągnięcie tych celów nie pociągało za sobą destrukcyjnych konsekwencji. Przykładowo: aby zdobycie wymarzonej pozycji zawodowej nie doprowadziło do pracoholizmu, wypalenia zawodowego czy zniszczenia relacji z bliskimi.

Jakie korzyści może odnieść lekarz z coachingu kariery?

Z coachingu kariery można skorzystać na każdym etapie życia. Już przy wyborze studiów warto zastanowić się, jakie są nasze predyspozycje w danym kierunku, jakie szanse i perspektywy, a jakie ryzyka i zagrożenia (np. zdrowotne) niesie ze sobą ten wybór? Jakie ścieżki rozwoju będę mieć po studiach? Czy moje oczekiwania wobec danego zawodu są realistyczne? Na ile charakter pracy jest zgody z moimi wartościami, osobowością, stylem działania, możliwościami fizycznymi i psychicznymi? A przede wszystkim – czy to naprawdę ja marzę o tym zawodzie, czy może ulegam presji, oczekiwaniom czy aspiracjom mojej rodziny? Analogiczne pytania dobrze sobie znów zadać przy wyborze specjalizacji lekarskiej.

Na późniejszych etapach ścieżki zawodowej pojawiają się często kolejne dylematy np. wyjechać zagranicę (na staż lub na stałe), czy zostać w kraju? Przenieść się do placówki dającej lepsze wynagrodzenie lub szanse rozwoju, ale kosztem rodziny? Otworzyć drugą specjalizację – choć to oznacza poświęcenie kolejnych kilku lat życia, czy odcinać kupony od tego, co już osiągnęłam?

Dla niektórych trudnym momentem może być decyzja czy przyjąć awans. Wbrew pozorom nie każdy marzy o zarządzaniu ludźmi. Część pracowników woli iść ścieżką ekspercką (czyli doskonalić się merytorycznie) niż menedżerską (czyli rozwijać również kompetencje kierownicze). Zaś niektórzy bardziej cenią sobie rodzinę, przyjaciół, hobby czy czas wolny niż osiąganie kolejnych szczebli kariery.

W przypadku lekarzy ogromnym ryzykiem jest wypalenie zawodowe. Choć prowadzę również szkolenia na ten temat, to wiem, że część osób jest gotowa otworzyć się na rozmowę o takich problemach tylko podczas indywidualnej sesji, a nie przy grupie. Analogicznie jest z mobbingiem. O ile powszechnie wiadomo, jak często oba te zjawiska występują w służbie zdrowia, to wciąż wiele osób niepotrzebnie cierpi zamiast poszukać skutecznej pomocy z zewnątrz.

Kolejnym tematem związanym z coachingiem kariery mogą być problemy zdrowotne, które utrudniają lub wręcz uniemożliwiają lekarzowi dalszą pracę na obecnym stanowisku (np. przeprowadzanie operacji w szpitalu). W takim przypadku coaching może służyć uświadomieniu sobie przez lekarza, w jaki inny sposób mógłby wykorzystać swoją wiedzę i umiejętności zawodowe.

Zdarza się również, że lekarz pracujący od wielu lat w tej samej placówce zostaje z niej zwolniony (np. z powodu zamknięcia oddziału) lub sam chce odejść, bo nie dogaduje się z nowym przełożonym. Rozmowa z coachem pomoże takiej osobie lepiej przeanalizować dostępne opcje oraz da potrzebne w takich sytuacji wsparcie emocjonalne.

Chyba każdy człowiek – nawet najbardziej świadomy siebie – potrzebuje czasem skorzystać z pomocy z zewnątrz oraz „przegadać” swoje problemy z przychylnie nastawioną wobec niego osobą.

Pracując od ponad 4 lat z lekarzami wiem, jak bardzo to środowisko jest hermetyczne i jak szybko informacje rozchodzą się „pocztą pantoflową”… Coach gwarantuje każdemu klientowi pełną poufność. Ponadto – jako osoba neutralna – bardziej obiektywnie widzi różne aspekty problemów klienta oraz możliwe rozwiązania. Dlatego myślę, że warto, aby lekarze otworzyli się na coaching.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Agencja rekrutacyjna NES Healthcare

+48 22 462 69 63, annadaria.nowicka@neshealthcare.pl

Artykuł został opublikowany na portalu znanylekarz.pl

 

Jak inteligencja emocjonalna przekłada się na sukces?

Wysokie IQ nie gwarantuje sukcesu osobistego ani zawodowego. Znamy wielu ludzi obdarzonych wybitną inteligencją, którzy wykonują pracę poniżej swojego potencjału, zaś w relacjach międzyludzkich są nieszczęśliwi. Co więc wpływa na osiągniecie sukcesu? Odpowiedzią jest EQ – inteligencja emocjonalna.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Czym jest inteligencja emocjonalna?

Theodore Roosevelt słusznie zauważył, że „największym składnikiem przepisu na sukces jest umiejętność obchodzenia się z ludźmi”. Sama wiedza czy wysokie IQ nie wystarczą. Jak pokazuje praktyka, sukces odnoszą niekoniecznie osoby najlepsze merytorycznie, najbardziej pracowite czy wybitnie inteligentne. Żyjemy wśród ludzi – dlatego niezmiernie ważny jest zbiór umiejętności psychospołecznych nazywanych inteligencją emocjonalną.

Mówiąc w uproszczeniu, inteligencja emocjonalna (EQ) to umiejętność rozpoznawania stanów emocjonalnych własnych oraz innych osób oraz konstruktywnego radzenia sobie z emocjami swoimi i innych. Według Daniela Golemana, który spopularyzował pojęcie EQ, inteligencja emocjonalna obejmuje zdolność rozumienia siebie i własnych emocji, kierowania i kontrolowania ich, zdolność samomotywacji, empatię oraz umiejętności o charakterze społecznym. Jack Mayer i Peter Salovey mówią o czterech obszarach tworzących inteligencję emocjonalną: spostrzeganie emocji, wspomaganie myślenia za pomocą emocji, rozumienie emocji oraz kierowanie emocjami. Według Rauvena Bar-Ona na inteligencję emocjonalną składa się 5 elementów: inteligencja intrapersonalna, inteligencja interpersonalna, radzenie sobie ze stresem, zdolność adaptacji oraz ogólny nastrój.

Inteligencja emocjonalna jest bardzo przydatna zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. W każdej pracy musimy dawać sobie radę z trudnymi emocjami po stronie klientów, współpracowników, w relacjach z przełożonymi i podwładnymi. Pracujemy nie tylko z kwalifikacjami merytorycznymi drugiej osoby, ale także z jej osobowością,  nastrojem, zachowaniem. Jeśli rozumiemy czyjeś emocje, wiemy na przykład, kiedy przyjść do szefa po podwyżkę, a kiedy lepiej zejść mu z drogi…

Z drugiej strony – niezależnie od zajmowanego stanowiska – musimy sobie radzić z własnymi emocjami np. rozżaleniem – gdy szef niesprawiedliwie nas skrytykuje, zniecierpliwieniem – gdy trafi nam się trudny klient, rozczarowaniem – gdy nie my dostaniemy nagrodę. Musimy też umieć trafnie określać nasze emocje i ich źródło. Przykładowo: czy inni mnie dziś irytują, bo ich zachowanie jest złe, czy może tak reaguję, bo boli mnie głowa lub pokłóciłam się z kimś bliskim. Jeśli przypiszę te moje odczucia otoczeniu (zamiast swojemu stanowi wewnętrznemu tego dnia), to mogę nieświadomie odreagowywać się na innych i niszczyć w ten sposób relacje osobiste i zawodowe.

Inteligencja emocjonalna pozwala lepiej komunikować się z innymi, rozumieć ich potrzeby oraz mówić o własnych. Wysoka samoświadomość pozwala też szybciej zauważyć symptomy wypalenia zawodowego, depresji czy nałogów.

Co EQ daje w pracy?

W każdej pracy ważna jest nie tylko wiedza, umiejętności i doświadczenie, ale również umiejętności psychospołeczne, inaczej nazywane kompetencjami miękkimi. Dzielimy je na kompetencje osobiste, np. komunikatywność oraz kompetencje społeczne np. umiejętność pracy w zespole. W przypadku pracy z ludźmi – zwłaszcza z klientami – umiejętności psychospołeczne nabierają szczególnego znaczenia. Ich zbyt słaby poziom może skutecznie blokować utalentowanemu i świetnemu merytorycznie pracownikowi ścieżkę kariery.

Wszelkie kontakty międzyludzkie odbywają się nie tylko na poziomie wymiany informacji (np. o tym, jak założyć lokatę), ale także na poziomie emocjonalnym. Świadomie i podświadomie przekazujemy emocje (zarówno poprzez słowa, jak i mowę ciała, czyli komunikację niewerbalną). Nasze gesty, postawa, mimika twarzy, ton głosu są dla nas ważniejszym źródłem informacji niż słowa. Jeśli te komunikaty są niespójne, wierzymy ciału, nie deklaracjom. Przykładowo: ktoś może zapewniać, jak bardzo nas lubi, lecz w jego głosie czujemy fałsz, zaś jego uśmiech odbieramy jako fałszywy – nie serdeczny. Im wyższą posiadamy inteligencję emocjonalną, tym lepiej odczytujemy mowę ciała oraz emocje innych.

Wiele razy to dzięki wysokiej inteligencji emocjonalnej pracowników banków udało się wykryć oszustwa. Przykładowo: gdy z mowy ciała klienta kasjerka wyczuwa, że pieniądze są fałszywe lub gdy przy składaniu wniosku kredytowego pracownik banku podejrzewa, że jest to próba wyłudzenia kredytu. Doświadczeni pracownicy potrafią od razu wywnioskować, z którym klientem mogą być problemy (np. będzie agresywny lub „czepialski”). Inteligencja emocjonalna podpowiada nam też, jak dawać sobie radę z negatywnymi emocjami po stronie drugiej osoby np. jak sprawić, aby awanturnik pod koniec rozmowy z uśmiechem podziękował za miłą obsługę. Dzięki EQ wiemy, który klient potrzebuje się wygadać i dopiero po tym, jak zostanie wysłuchany, zgodzi się założyć konto.

Jak mogę rozwijać swoje EQ?

Każdy dzień przynosi sytuacje, w których mamy możliwość wykorzystywania umiejętności psychospołecznych. Rozmowa z klientem banku, współpracownikiem czy przełożonym jest interakcją społeczną oraz okazją do rozwijania samoświadomości i miękkich kompetencji. Na tym właśnie polega tzw. trening naturalny. Jest to jednak nauka metodą prób i błędów. Zwykle nie otrzymujemy też wtedy wskazówek ani profesjonalnej informacji zwrotnej  (feedback’u). Inni rzadko mówią nam o tym, jak nas odbierają ani nad czym powinniśmy pracować.

Warto skorzystać ze szkoleń służących rozwijaniu naszych kompetencji miękkich. Otrzymamy na nich porcję wiedzy, możliwość przećwiczenia różnych zachowań w bezpiecznym środowisku oraz profesjonalną informację zwrotną.  Dzięki uczestnictwu w szkoleniu możemy lepiej zrozumieć nasze problemy i znaleźć wskazówki, jak je rozwiązać. Pomóc w lepszym zrozumieniu siebie i otoczenia może także skorzystanie ze wsparcia coacha, psychologa czy osobistego trenera.

Wiele cennych informacji można znaleźć w książkach psychologicznych i poradnikach. Szczególnie polecam „Inteligencję emocjonalną” Daniela Golemana, który poprzez tę świetnie napisaną książką rozpropagował pojęcie EQ.

Ważna jest świadoma refleksja nad sobą i otoczeniem. Zastanawianie się nad tym, co czujemy my i inni, jakie są nasze i ich potrzeby, co ludzie chcą nam przekazać. Warto rozwijać w sobie nawyk bycia uważnym i otwartym. Zwykle inteligencja emocjonalna wzrasta też z wiekiem, życiowym doświadczeniem, obcowaniem z różnymi ludźmi i sytuacjami.

Dlaczego menedżer powinien dbać o EQ?

Menedżerem powinien dbać zarówno o swoje EQ, jak i pracowników, gdyż to przynosi firmie korzyści biznesowe. Produkty i usługi oferowane przez różne firmy są bardzo podobne i łatwe do skopiowania. Niezależnie czy mówimy o kupnie marchewki czy wzięciu kredytu bankowego, o wyborze firmy w dużej mierze decyduje to, z którym sprzedawcą się nam lepiej rozmawia, przez kogo czujemy się dobrze traktowani, komu ufamy. Pracownicy o wyższej inteligencji emocjonalnej umieją lepiej rozpoznać oczekiwania i potrzeby klienta – zarówno te dotyczące samego produktu, jak i odnoszące się do samej relacji biznesowej. Przykładowo: czy dany klient chce otrzymać dużo fachowej informacji, czy raczej irytuje go bycie zasypywanym danymi. Czy klient ma potrzebę porozmawiania o dzieciach i pogodzie – i dopiero po tej „grze wstępnej” jest gotowy do rozmów o produktach bankowych, czy może traktuje takie zagajenie rozmowy jako marnowanie jego czasu… Zwłaszcza w małych miejscowościach umiejętność budowy długofalowych relacji z klientem nabiera szczególnego znaczenia. Idąc do banku, fryzjera czy sklepu chcemy być obsługiwani przez „naszą Panią Kasię”, która nas zna i wie, jak z nami rozmawiać.

Przykładanie wagi do rozwoju umiejętności psychospołecznych – w tym inteligencji emocjonalnej – jest inwestycją, która przełoży się na poprawę relacji osobistych i zawodowych. Zarówno menedżer jak i jego podwładni będą mogli lepiej wykorzystywać swój potencjału oraz świadomie budować karierę przy jednoczesnym zachowaniu równowagi między życiem prywatnym i zawodowym.

Menedżer o wysokiej inteligencji emocjonalnej lepiej rozumie swoich podwładnych oraz delegując zadania – potrafi połączyć osobiste potrzeby i motywacje pracowników z celami firmy. Taki menedżer będzie też skuteczniej komunikował się z pracownikami oraz rozwiązywał konflikty interpersonalne zanim zaczną one paraliżować pracę zespołu.

Podsumowując:

Inteligencja emocjonalna pozwala lepiej komunikować się z innymi, rozumieć ich potrzeby oraz mówić o własnych. Umiejąc budować relacje oraz mając wysoką samoświadomość możemy lepiej zarządzać naszym potencjałem oraz osiągnąć wewnętrzną równowagę i satysfakcję osobistą oraz zawodową.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Artykuł został opublikowany w Miesięczniku „Bank wspólnych sił wydawanym przez Grupę Banków Polskiej Spółdzielczości w kwietniu 2013 r

1 2 3 6