Coaching zdrowia

Na ile pacjent jest odpowiedzialny za swój stan zdrowia i efekty terapii? Czy lekarze mogą wyleczyć pacjenta mimo jego negatywnego nastawienia? Czy leki są tak samo skuteczne, niezależnie od psychiki pacjenta? Czy można niefarmakologicznie zwiększyć skuteczność leczenia? Zgodnie z filozofią, na której jest oparty coaching zdrowia – można to zrobić.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Artykuł został opublikowany na portalu nowoczesnafirma.pl

Czym jest zdrowie?

Zacznijmy od zastanowienia się nad tym, czym jest „zdrowie”. Definicja zdrowia przyjęta przez Światową Organizację Zdrowia (WHO – ang. World Health Organization) jest następująca: zdrowie to nie tylko całkowity brak choroby, czy kalectwa, ale także stan pełnego, fizycznego, umysłowego i społecznego dobrostanu (dobrego samopoczucia). To oznacza, że przy ocenianiu, czy ktoś jest zdrowy należy wziąć pod uwagę nie tylko wyniki badań i opinię lekarzy, ale także subiektywną samoocenę pacjenta. Innymi słowy, jeśli ktoś ma dobre wyniki badań, a lekarze nie widzą u niego choroby, zaś mimo to pacjent czuje się źle, to – zgodnie z definicją WHO – jest chory, gdyż nie ma poczucia „dobrostanu”. Jeśli mimo stosowania różnych terapii pacjent nadal czuje się chory, należy szukać przyczyny gdzie indziej. Może właśnie w postawie pacjenta wobec własnego zdrowia czy procesu leczenia.

Po co się leczyć ?

Postawione pytanie wcale nie jest takie banalne, a odpowiedzi nie są tak oczywiste, jak może się na początku wydawać. Nasuwa się odpowiedź „żeby być zdrowym”. Ale pociąga to za sobą następne pytanie – do czego potrzebne jest nam zdrowie? Jakie korzyści będziemy mieć z bycia zdrowym? A może są jakieś korzyści z bycia chorym, do których nie chcemy się przyznać nawet sami przed sobą?
Wyobraźmy sobie stan optymalny – jak wyglądałoby moje życie, gdyby stan mojego organizmu był idealny, gdybym nie musiał chodzić do lekarza, łykać leków, wpadać na zabiegi lecznicze, przesiadywać godzinami u lekarza lub terapeuty. Czym różniłoby się od życia, jakie teraz prowadzę. A teraz pójdźmy w tych rozważaniach dalej. Zastanówmy się, jak to nasze pełne zdrowia życie mogłoby wyglądać za lat dwadzieścia, trzydzieści. A jak, gdy będziemy na emeryturze.
A teraz porównajmy ten obraz z obrazem realnym, czyli tym, jak wygląda życie naszych rodziców, ciotek, babć, dziadków. Zwróćmy uwagę na to jak, wiele w ich życiu zajmuje to wszystko, co jest związane z leczeniem: pigułki, wizyty lekarskie, zabiegi, jak wiele rozmów przy stole dotyczy chorób, wymieniania się namiarami na lekarzy, polecania sobie leków bez recepty (a nawet na receptę)… . Ja choruję, ty chorujesz, on choruje ……… ,
„a wiesz, ona miała teraz operację, byłem u niej w szpitalu, wypuszczą ją dopiero po świętach”, „biorę ten lek, ale niech mi przepisze coś innego”. „Mówię ci, bardzo dobry ten młody lekarz, mam gdzieś zapisany numer telefonu”…
Jak wyglądałyby rozmowy, gdybyśmy wycięli z nich te wszystkie wątki chorobowe? Jak czułaby się osoba zupełnie zdrowa, która nie chodzi po lekarzach, nie łyka pigułek i nawet nie jest w stanie włączyć się w rozmowę ani poczuć członkiem „wspólnoty chorych”.

Czy są korzyści z bycia chorym?

Choć brzmi to paradoksalnie, chorowanie, proces leczenia i mówienia o nim przynosi pewne korzyści psychologiczne. Oprócz wspólnych tematów rozmów i przynależności do grona „leczących się” bycie chorym często daje człowiekowi poczucie, że inni się o nas troszczą, pytają o zdrowie, kupują leki. Może babcię rzadko odwiedzają dzieci i wnuki, ale gdy ląduje w szpitalu, ciągną do niej korowody zatroskanych członków rodziny. Przynoszą owoce, poświęcają czas i troskę. Poza tym w szpitalu czy w przychodni jest się między ludźmi, można z kimś porozmawiać – a najlepiej o chorobach, bo przecież nie o polityce.

„Chodzenie po lekarzach” jest także formą spędzania wolnego czasu, nawiązywania kontaktów, rozmowy z kimś, kto zawsze wysłucha (w przeciwieństwie do rodziny czy przyjaciół). Wizyta u lekarza może być namiastką spotkania ze znajomym. Branie pigułek może dawać poczucie kontroli nad swoim życiem, możliwość wykazania się „skrupulatnością w wypełnianiu zaleceń lekarskich”, „byciem odpowiedzialnym pacjentem”, którego lekarze chwalą za przestrzeganie zaleceń.

Ponadto od osoby chorej nie oczekuje się przecież, żeby „coś zrobiła ze swoim życiem”, podjęła trudne decyzje, poszukała pracy albo życiowego partnera. Zauważmy, że osoby bezrobotne (zwłaszcza świeżo po utracie pracy) statystycznie chorują częściej niż wcześniej nie tylko z powodu nerwów… Ponadto długotrwałe bycie w sytuacji, która jest dla nas stresująca, powoduje obniżenie odporności i większą podatność na choroby.
Zdarza się, że ulegamy chorobie, aby nie musieć podejmować trudnych lub nieprzyjemnych decyzji czy działań. Uciekając w chorobę świadomie lub podświadomie liczymy na to, że sytuacja sama się rozwiąże, ktoś za nas podejmie decyzję lub wykona niechcianą przez nas pracę. I tu właśnie dochodzimy do postawionych na początku pytań – dlaczego leki nie zawsze działają oraz dlaczego można czuć się chorym mimo dobrego stanu zdrowia.

Rola pacjenta w powodzeniu terapii

Zdarza się, że osoby, którym lekarze nie wróżą powrotu do zdrowia, wygrywają z chorobą. Bywa jednak, że osoby, których dolegliwości z punktu widzenia medycyny są małe, ciężko chorują i umierają. Notowano nawet przypadki, gdy stan zdrowia osoby, której przez pomyłkę przedstawiono diagnozę ciężko chorego pacjenta, natychmiast się pogarszał – bez medycznego uzasadnienia. Czy jest jakiś mechanizm wyjaśniający te wszystkie sytuacje? Postawa pacjenta wobec choroby i jego determinacja, by być zdrowym. Często osoby, które „wychodzą” z raka czy innych chorób mówią, że „musiały wyzdrowieć, bo nie mogły zostawić męża/partnerki/dzieci”. Ich wola walki była silniejsza niż postępy choroby – same leki by nie pomogły.
Pacjent powinien rozumieć, że to przede wszystkim jemu, a nie lekarzowi, powinno najbardziej zależeć na wyzdrowieniu. Branie tabletek i przestrzeganie zaleceń lekarskich to tylko część procesu prowadzącego do wyzdrowienia.
Pacjent powinien starać się zobaczyć chorobę w szerszym kontekście jego aktualnej sytuacji życiowej. Choroba powoduje, że jest zmuszony wyłączyć się ze swoich codziennych aktywności i nie może wykonywać dotychczasowych działań (np. chodzić do pracy, na imprezy towarzyskie, spotykać się ze znajomymi, jeść ulubione dania). Ma czas skupić się na sobie, swoich żywotnych potrzebach, zacząć w końcu dbać o siebie.
Nasilenie się chorób może być sygnałem od organizmu, że coś w naszym życiu jest nie tak, np. że praca jest zbyt stresująca lub relacje międzyludzkie zbyt toksyczne. Organizm może też nam wskazywać, że nasz styl życia jest nieodpowiedni (np. zła dieta, za mało aktywności fizycznej, snu, zbyt dużo czasu przed TV). Jeśli zignorujemy te sygnały i nie zmienimy podejścia do życia i/lub pracy, przepłacimy to chorobą. Obszary, w których chorujemy, mogą być odbiciem tych sfer w naszym życiu, które do tej pory zaniedbywaliśmy. Czasem to właśnie choroby uzmysławiają nam, że prawdziwym problemem jest stres lub wypalenie zawodowe, a dolegliwości psychosomatyczne są tylko jednym z wielu objawów.
Aby być zdrowym nie wystarczy łykanie „suplementów diety”. Jeśli boli nas głowa, to zamiast faszerować się lekami przeciwbólowymi można zmienić tryb życia – być aktywnym fizycznie, dobrze się odżywiać, nie siedzieć non stop przed komputerem czy telewizorem. Także wiele przypadków nadciśnienia czy problemów z sercem można wyleczyć bez leków, a tylko zmianą stylu życia. Ale przecież prościej wziąć pigułkę… A zimą, zamiast nosić czapkę, w której tak śmiesznie się wygląda, lepiej brać leki na przeziębienie.
Każdy z nas powinien przyjąć na siebie odpowiedzialność za własne zdrowie. Lekarz ułatwi wyjście z choroby, ale nie uchroni nas przed naszą nieodpowiedzialnością i niedbaniem o swój dobrostan.

Coaching zdrowia

Celem coachingu zdrowia jest właśnie pomoc w uświadomieniu, jak stan zdrowia wpływa na nasze życie. Trzeba też odpowiedzieć sobie szczerze na następujące pytania: Czy na pewno chcę być zdrowy? Czy widzę praktyczne korzyści z bycia w dobrej formie? Czy bycie chorym/ leczącym się zaspokaja jakieś moje ukryte potrzeby?
Coach omawia z pacjentem różne sprawy związane z jego życiem. Także te pozornie nie związane ze zdrowiem, jak np. relacje w pracy czy w rodzinie. Coaching pomaga znaleźć najlepsze metody utrzymania i zachowania szeroko pojętego zdrowia i aktywności życiowej. Podczas coachingu człowiek przygotowuje i wdraża indywidualny plan, jak te cele osiągnąć. Może się bowiem okazać, że dopiero odblokowanie się w pewnych sferach i przyznanie się przed sobą do własnych problemów pomoże nam otworzyć się na leczenie i poczuć się zdrowym.
Coaching zdrowia pozwala nam zrozumieć wszystkie aspekty naszego zdrowia oraz wyciągnąć konstruktywne wnioski z analizy tego, na jakie choroby, kiedy i dlaczego zapadliśmy. Osoby świadome powinny wyciągnąć naukę, jakich sytuacji czy działań unikać i jak zmienić swoje życie, aby cieszyć się zdrowiem.

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Artykuł został opublikowany na portalu nowoczesnafirma.pl

Czy ciągi matematyczne pokażą, jakim ktoś będzie pracownikiem?

W niektórych firmach jednym z etapów rekrutacji – i to nie tylko na stanowiska analityków – jest wykonanie przez kandydata zadań typu „jaka powinna być kolejna liczba lub figura w szeregu”. Czy taka metoda naprawdę mierzy przydatność kandydata w realnej pracy? Co z EQ?

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Artykuł został opublikowany na portalu HRstandard.pl

Co jest ważniejsze w pracy – EQ czy IQ?

Od dawna wiadomo, że są różne rodzaje inteligencji, m.in.

–  Inteligencja językowa, czyli umiejętność czytania, pisania i porozumiewania się za pomocą słów, niezbędna u PRowców, dziennikarzy, zawodowych mówców.

–  Inteligencja logiczna lub matematyczna, czyli umiejętność rozumowania oraz liczenia. Niezbędna u ekonomistów, księgowych, inżynierów.

–  Inteligencja wizualno-przestrzenna, czyli umiejętność rysowania i wyobrażania sobie trójwymiarowych kształtów. Niezbędna u architektów i malarzy.

–  Inteligencja emocjonalna, która według Daniela Golemana obejmuje zdolność rozumienia siebie i własnych emocji, kierowania i kontrolowania ich, zdolność samomotywacji, empatię oraz umiejętności o charakterze społecznym.

Silnie rozwinięta inteligencja emocjonalna, w skrócie EQ (od ang. Emotional Intelligence Quotient) jest niezbędna np. u psychoterapeutów i rekruterów, ale tak naprawdę każdy z nas – niezależnie od stanowiska i kultury organizacyjnej firmy potrzebuje inteligencji emocjonalnej w codziennej pracy i relacjach międzyludzkich – zarówno zawodowych, jak i prywatnych. Dlatego z badań m.in. Daniela Golemana wynika, że to właśnie EQ, a nie IQ (iloraz inteligencji – intelligence quotient) w większym stopniu determinuje nasz sukces zawodowy i prywatny.

Człowiek jest „istotą społeczną” i na każdym kroku wchodzi w interakcje społeczne – począwszy od robienia zakupów po pracę nad projektem. Nawet, jeśli ktoś ma typowo analityczne i samodzielne stanowisko, i tak musi umieć współpracować z innymi i komunikować się.

Ponadto współpracujemy z całym człowiekiem (również z jego osobowością, stylem bycia i pracy, odnoszeniem się do innych) – a nie tylko z jego „twardymi” kompetencjami. Jeśli pracownik posiada ogromną wiedzę merytoryczną, ale jest toksyczny dla innych lub nie umie współpracować, to ja osobiście odradzam zatrudnienie go, gdyż pogorszy atmosferę w zespole i zmniejszy jego efektywność.

W nowoczesnym podejściu do zarządzania zasobami ludzkimi coraz więcej mówi się o uwzględnianiu naturalnych różnic osobowości pomiędzy ludźmi oraz podnosi się znaczenie miękkich kompetencji w efektywnej realizacji zadań zawodowych – zwłaszcza wśród kadry menedżerskiej.Wysokie IQ nie daje automatycznie umiejętności zarządzania ludźmi ani kreowania nowych rozwiązań.

Po co używać ciągów matematycznych w rekrutacji?

Choć tylko na niewielkiej liczbie stanowisk niezbędna jest inteligencja logiczno-matematyczna, a jeszcze rzadziej potrzebna jest umiejętność rozwiązywania ciągów liczbowych (w czym nawet nie każdy „analityk” jest dobry), niektóre firmy z uporem stosują takie testy w rekrutacji.

Moja znajoma (po studiach na SGH) szuka pierwszej pracy. Nie ma sprecyzowanych preferencji zawodowych (jak wiele osób tuż po studiach, a bez doświadczenia) i wysyła aplikacje do różnych działów i firm. Już kilka razy pierwszym etapem (np. w banku) było właśnie rozwiązywanie zadań matematycznych. Jestem ciekawa, jak duży odsetek osób już pracujących w tych firmach byłby w stanie rozwiązać testy dawane obecnie na wstępnym etapie rekrutacji…

Choć ja zajmuję się od ponad 9 lat marketingiem i HR (a więc obszarami bardzo „humanistycznymi”), to też zdarzyło mi się rozwiązywać zadania matematyczne przy rekrutacji do jednej ze znanych agencji Public Relations. Nie sądzę, aby umiejętność rozwiązywania ciągów matematycznych była kluczową kompetencją w tej pracy…

Kto najlepiej rozwiązuje testy z użyciem ciągów liczbowych? Oczywiście osoby takie jak detektyw Monk (bohater serialu kryminalnego). Jest geniuszem dokonującym analiz myślowych wykraczających poza zdolności zwykłego człowieka. Ale w przyrodzie nie ma nic za darmo – za swój geniusz zapłacił wieloma fobiami (także społecznymi), które uniemożliwiają mu nie tylko normalną pracę, ale też budowanie relacji w życiu, a nawet codzienne czynności (np. zakupy).

Paradoksem jest bowiem to, że zwykle osoby o wybitnej inteligencji logiczno-matematycznej mają słabiej rozwiniętą inteligencję emocjonalną i gorzej sobie radzą w relacjach z innymi.

Czy naprawdę osoby odpowiadające za politykę personalną są przekonane, że właśnie inteligencja logiczno- matematyczna jest tą kompetencją, którą koniecznie powinni posiadać wszyscy pracownicy, gdyż determinuje ona efektywność ich pracy?

 

Anna Daria Nowicka – socjolog, trener, coach

Artykuł został opublikowany na portalu HRstandard.pl

1 2 3 4